Renzi w tarapatach, czyli rzecz o włoskim referendum

Matteo Renzi / Źródło: Partito Democratico

We włoskim referendum konstytucyjnym głosowanie za lub przeciw reformie Senatu zeszło na drugi plan. Odpowiadając na pytanie referendalne Włosi powiedzieli zdecydowane NIE rządowi Matteo Renziego. W przeddzień referendum z włoskim senatorem Paolo Guerrierim [1] rozmawialiśmy o polityce włoskiej i europejskiej, a także o Polsce jako pasażerce na gapę unijnej solidarności.

 

EurActiv.pl: 2016 był rokiem populistycznych i antyunijnych referendów w Europie – najpierw w Holandii, potem w Wielkiej Brytanii i w końcu na Węgrzech. Czy włoskie referendum wpisuje się w tę serię?

Paolo Guerrieri: Włoska kampania referendalna była początkowo jednoznacznie poświęcona bardzo potrzebnej i cieszącej się poparciem społecznym reformie konstytucyjnej. Celem zmian miało być odejście od zasady „perfekcyjnego bikameralizmu”, dającego identyczne uprawnienia obu izbom parlamentu. Reforma miałaby przezwyciężyć nieustanny impas w procesie decyzyjnym. Znaczenie referendum z czasem uległo jednak zmianie, przekształcając się z konstytucyjnego na polityczne – w wotum zaufania dla Renziego. Dzisiaj odpowiadając na pytanie referendalne Włosi powiedzą TAK lub NIE włoskiemu rządowi.

Renzi sam sobie zgotował ten los, personalizując referendum. Wielokrotnie powtarzał: “jeśli wybierzecie NIE, zrezygnuję”.

To prawda, to Renzi na własne życzenie przekształcił znaczenie głosowania w plebiscyt na temat swojego rządu. W rezultacie reforma konstytucji zeszła na drugi, a nawet trzeci plan wśród powodów, dla których ludzie pójdą głosować. Główny powód to Renzi. Ale NIE dla jego rządu to też NIE dla całego establishmentu. Ważną rolę w ruchu za referendalnym NIE odgrywa Ruch Pięciu Gwiazd (M5S) i Beppe Grillo – a oni nie są przeciwko rządowi Renziego, ale przeciw każdemu rządowi jednej z głównych, tradycyjnych partii.

Zatem NIE w referendum będzie wyrazem wielu heterogenicznych motywacji z całego spektrum poglądowego od lewa do prawa. Sondaże pokazują, że te negatywne motywacje dziś dominują. Jednak wciąż jest wielu niezdecydowanych. Moja prognoza wyniku to 50/50, ponieważ, przykładowo, młodzi ludzie w większości planują powiedzieć w niedzielę NIE, bo są antyestablishmentowi. Jednak z drugiej strony, choć młodzi ludzie chętnie wypowiadają się w sondażach, gdy przyjdzie co do czego niekoniecznie biorą udział w głosowaniu.

Jeśli spojrzymy na młodych w wieku 18-29 lat, aż ok. 60 proc. opowiada się za NIE, to silna większość. Młodzi ludzie w tym kraju mocno wspierają populistów z M5S. Partia Demokratyczna (PD) ciesząca się poparciem na poziomie ok. 30 proc., ma tylko 10 proc. poparcia wśród najmłodszych. Tym samym to referendum jest też papierkiem lakmusowym trendów poglądowych wśród młodych Włochów.

Poparcie społeczne wpisuje się zatem w ogólnozachodnią tendencję wspierania polityków głoszących hasła antyestablismentowe. Czy mógłby Pan zdefiniować, czym jest dla Włochów establishment oraz co antyestablishmentowcy mają do zaoferowania?

Establishment to zawsze przedstawiciel rządu lub – mówiąc szerzej – większość rządowa. Dlatego we Włoszech PD jest głównym celem ataków populistów antyestablishmentowych. Jednak kiedy pani pyta, czego oni chcą, zaczynają się problemy. Oni nie chcą czegoś, oni wiedzą tylko, czego nie chcą.

Na tym polega problem z większością populistów – brak pozytywnej agendy. Łatwe rozwiązania bez racjonalnego – zwłaszcza gospodarczo – uzasadnienia.   

Wszyscy mają podobną ofertę wyborczą: więcej miejsc pracy, większe zyski, więcej wydatków publicznych. Jednak skąd wziąć na to pieniądze? Odpowiedź brzmi: „Zobaczymy”. Obiecują, że kiedy już otrzymają mandat rządzenia, pokażą, że wszystko jest możliwe. Jednak jest to ewidentna manipulacja populistyczna. Bardzo proste rozwiązania bardzo skomplikowanych problemów.

Banalizujące wagę tych problemów, ośmieszające nieudolność klasy rządzącej.

Problemem jest, że te ‘banalnie proste’ rozwiązania są też zazwyczaj złe. Mimo to ludzi uwodzi ta prostota.

Dlaczego Renzi stracił poparcie społeczne? Trzy lata temu był postrzegany jako złoty chłopiec włoskiej polityki, nadzieja na lepszą przyszłość. Już jako premier realizował, choć powoli, swoje obietnice wyborcze. Co się stało?

Dziś rządzenie jest bardzo trudne w każdym europejskim kraju. Renzi płaci więc cenę, którą zapłaciłby każdy premier zwłaszcza południowego kraju Unii Europejskiej.

Poza tym to, co działała na jego niekorzyść to gospodarka. Sytuacja gospodarcza Włoch nie poprawiła się znacząco. Oczywiście, jesteśmy w procesie odbudowy, jednak był on – i jest – zbyt niepozorny. Wzrost na poziomie „zero przecinek coś” nie wystarczy, aby stawić czoła podupadłym warunkom społeczno-gospodarczym. I tak, według moich analiz, warunki gospodarcze są głównym powodem zanikającego poparcia Renziego.

Po trzecie, problemem jest on sam. Tak jak pani mówi, na początku był bardzo popularny. Tak wiele jednak naobiecywał o tym, jak to naprawi włoskie warunki życia i scenę polityczną, że trudno było temu sprostać. I ludzie zaczęli się od niego odwracać. Jego hasła, typu „Wracamy!”, „Powrót Włoch!” były na początku efektywne. Ludzie mu wierzyli, bo przemawiało do nich to, co mówi. Jednak gdy słowa nie mają poparcia w faktach, wywołuje to frustrację i rozczarowanie. W efekcie spadek popularności rządu był naprawdę znaczący. I trudno teraz powiedzieć, jak ludzie zagłosują w kolejnych wyborach.

Sondaże wskazują M5S ma duże szanse na wygraną.

Wielu się tego obawia, zwłaszcza ze względu na nasze prawo wyborcze – “Italicum”. Oznacza ono, że mamy dwie tury wyborów partii rządzącej. W pierwszej turze biorą udział wszystkie partie, a do drugiej tury przechodzą tylko dwa ugrupowania z najwyższym poparciem. Wielu się obawia, że M5S będzie jedną z tych dwóch finałowych frakcji, obok PD lub centroprawicy, i że ostatecznie wygra zagarniając również centroprawicowy elektorat. Ryzyko jest duże. Dlatego powinniśmy znaleźć efektywny sposób na stawienie czoła populistycznym wyzwaniom i narracji.

W Europie, w referendach, o których wspomniałam, populizm i tendencje antyestablishmentowe mają swój ważny odcień antyeuropejski. Czy UE jest tematem w trwającej kampanii politycznej?

Niestety UE ma dziś bardzo złą prasę we Włoszech, mimo że nie ma wiele wspólnego z większością problemów, z jakimi zmagają się dziś Włochy i nasza gospodarka. Ale i tak przeciwna jest jej większość partii, z M5S na czele. Grillo już zapowiada rozpisanie referendum na temat Italexitu albo co najmniej opuszczenia strefy euro. PD jest jedyną ważną siłą wspierającą pogląd, że Włochy potrzebują Europy, mimo że Unia Europejska wymaga istotnych reform. I prawdą jest, że bez zintegrowanej Europy, Włochy będą – podobnie jak wiele innych państw z osobna – małym, marginalnym, nieistotnym graczem w multipolarnym świecie zdominowanym przez bieguny siły – USA, Chiny, Indie etc. Jedna z głównych przyczyn niezadowolenia z UE jest przez nią niezasłużona. Unia służy dziś politykom narodowym całej Europy za wygodnego kozła ofiarnego, na którego zwala się wszystkie problemy państwowe.

A jakie korzyści z członkowstwa w Unii wskazałby Pan dziś Włochom?

Włochy przez wiele lat korzystały z unijnych funduszy – spójności, społecznych. Jak te środki były zarządzane to już inna historia. Większość regionów Północy była bardzo efektywna w wykorzystaniu funduszy, inne, głównie na Południu, często te pieniądze marnowały. Ale w zbiorczym ujęciu ogólnokrajowym Włochy na Unii bardzo skorzystały i warto, aby ludzie zdali sobie z tego sprawę.

Powinniśmy też wytłumaczyć Włochom to, co już wspomniałem – że bez Unii Europejskiej Włochy stałyby się nieistotnym państewkiem, które wciąż musiałoby sobie radzić z tymi samymi problemami gospodarczymi. Ale już samotnie. Jeśli Unia Europejska miałaby się podzielić, albo wręcz rozpaść, Włochy zapłacą za to wysoką cenę, jedną z najwyższych w Europie.

Na pewno Europa powinna się zmieniać, aby lepiej dostosować się do wielkich globalnych wyzwań współczesności. Dzisiaj Europa nie daje obywatelom wystarczającego poczucia bezpieczeństwa w kontekście nieradzenia sobie z kryzysem migracyjnym oraz zagrożenia terrorystycznego. Poziom ogólnounijny jest niezbędny, by zapewnić efektywną odpowiedź, na te problemy. Niestety dotąd nie pojawiły się konstruktywne inicjatywy w tym zakresie.

Bo aby Europa była efektywna, niezbędna jest solidarność między krajami członkowskimi.

Solidarność jest dla Europy bardzo ważna. Stanowiła zawsze fundament procesu integracji europejskiej. Jednak dzisiaj solidarność jest zdyskredytowana na poziomie europejskim, przyrównana do formułki „Chcemy waszych pieniędzy”, „Ratujcie nas”, przy jednoczesnym braku wzajemnej gotowości wsparcia. Między państwami członkowskimi brakuje zaufania.

Z moich rozmów z Włochami wynika, że postrzegają oni Polskę jako bohatera negatywnego unijnej solidarności, odwracającego się plecami, gdy ktoś inny potrzebuje wsparcia – chodzi oczywiście o kryzys migracyjny i polski sprzeciw wobec kwot relokacji i przesiedlania uchodźców.

Polska zachowuje się jak pasażer na gapę. Chce brać, ale już nie dawać. Trzeba jednak dodać, że jazda na gapę jest dziś w Europie niezwykle popularna i wiele państw unijnych wybiera tę strategię. Problem polega na tym, że jeśli wszystkie państwa będą pasażerami na gapę, kto zadba o wspólną Europę?

 

[1] Paolo Guerrieri – włoski senator I członek senackiej Komisji Programu Gospodarczego i Budżetu. Profesor ekonomii na Uniwersytecie Rzymskim ‘La Sapienza’. Profesor College of Europe.