Opodatkujmy najbogatszych i wielkie korporacje

[ELA/FLICKR]

Ludzie głosują na populistów, bo czują się porzuceni i zapomniani przez polityków głównego nurtu – tłumaczy Susan George*, politolożka i aktywistka. Jak dodaje, CETA niewiele różni się od TTIP.

 

 

EurActiv: Populiści święcili triumfy w ostatnich wyborach w Europie, Stanach Zjednoczonych i innych częściach świata. Co jest głównym powodem tych sukcesów?

Susan George: Neoliberalizm. Gdy zbyt nachalnie wpajamy ludziom wartości neoliberalne, w siłę rosną populiści. Rosną ludzi tacy jak Donald Trump. Grupy społeczne, a nawet całe regiony są pomijane w dyskusji. Neoliberałowie niszczą wewnętrzną jedność narodu. W efekcie ludzie czują się zapomniani, czują że rządy nic nie robią, a co za tym idzie, zwracają się w kierunku ludzi takich jak Donald Trump, Marine Le Pen czy Viktor Orbán. Biorąc to pod uwagę, wygrana Trumpa nie powinna nikogo dziwić.

A może Demokraci wybrali złą strategię w walce z Trumpem?

Demokraci spodziewali się poparcia ze strony mniejszości – Afroamerykanów i Latynosów – a także kobiet. Jednak nie wsparli oni Hillary w takim stopniu jak wcześniej Obamę. Biali, ubodzy i słabo wykształceni mężczyźni z małych miast i obszarów wiejskich stanęli natomiast murem za Trumpem.

Politycy tacy jak on obiecują odwrócenie pomysłów neoliberałów. Trump ogłosił, że pogrzebie TTIP i TPP, a jemu podobni w Europie mówią o opuszczeniu strefy Euro…

… a nawet o całkowitym wyjściu z Unii Europejskiej. Marine Le Pen wspomina o tym w kontekście Francji.

Czy rzeczywiście populiści proponują coś więcej niż liberałowie?

Nie oferują żadnej realnej alternatywy. Proponują różne programy polityczne i ludzie są gotowi dać im szanse, bo czują się wykluczeni. We Francji, kraju, którego scenę polityczną obserwuję najuważniej, ci sami wyborcy wspierali kiedyś komunistów. Teraz się od nich odwracają, bo czują się zawiedzeni i pozostawieni samym sobie.

Partie głównego nurtu walczą z ekstremistami i populistami zwierając szeregi i formując duże koalicje. Czy teraz także byłoby to szansą na przywrócenie równowagi w kraju?

Na krótką metę to działa, ale nie można zupełnie wyłączyć z dyskusji tych 30 proc. wyborców i udawać, że nie istnieją. Przez 10 lat Marie Le Pen pracowała nad „ułagodzeniem” swojej partii. Teraz jest gościem wielu programów telewizyjnych. Restrykcyjna blokada przestała istnieć.

Z początkiem kryzysu niektórzy centrolewicowi politycy mieli nadzieję, że pomoże im on dojść do władzy. Wierzyli, że wzrost niepokojów społecznych popchnie wyborców w kierunku socjaldemokratów. W rzeczywistości te partie tracą poparcie. Dlaczego tak jest?

Przegrywają na rzecz neoliberałów. Za przykład służy François Hollande. Jego poparcie waha się od 4 do 11 proc., w zależności od badania. Przeznaczył wiele pieniędzy na duże korporacje i wycofał się ze swoich przedwyborczych obietnic. W trakcie kampanii powtarzał „będę walczył ze światem finansjery”. W rzeczywistości Hollande nie robi za wiele w sprawie regulacji bakowych. Jego rząd nie zrobił nic, by zapanować na finansami i niewiele, by zatrzymać wzrost nierówności ekonomicznych.

Przyznaję, te nierówności nie wzrosły we Francji aż tak ja w innych państwach, ale wciąż tracimy 60-80 mld z budżetu przez raje podatkowe i odpływ kapitału. To nie powinno mieć miejsca. Tamtejsi socjaliści niszczą dobre imię socjalizmu we Francji i innych krajach.

Socjaliści z rządu próbowali podnieść podatki zarabiającym najwięcej. Ci w odpowiedzi straszyli wyjazdem z Francji do Belgii i innych krajów. Niektórzy nawet spełnili te obietnice. Czy jest więc szansa na wyrównanie nierówności ekonomicznych na poziomie krajowym?

Myślę, że tak, ale musielibyśmy działać stopniowo. Należy zacząć od najgorzej sytuowanych: walczyć z biedą wśród dzieci, zaopiekować się najuboższymi rodzinami i dotrzeć do tych, którzy czują się opuszczeni.

Weźmy na przykład stawkę minimalną. Obecnie jest to suma, za którą ciężko przeżyć, a wiele rodzin musi sobie z taką sytuacją radzić. System podnoszenia stawki minimalnej wdrożono w niektórych stanach w USA. Pozytywne efekty widać np. w stanie Waszyngton, gdzie stawka wzrosła do 15 dolarów za godzinę. Mieszkańcy się bogacą, życie tam staje się łatwiejsze. Kolejną ważną kwestią jest powszechny dostęp do edukacji, tak długo, jak to możliwe – bezpłatny. Pieniędzy nie brakuje, trzeba tylko wiedzieć gdzie ich szukać.

Gdzie w takim razie mamy szukać?

Mają je najbogatsi i duże korporacje. Opodatkujmy ich, bo na razie nie płacą swojej „działki”. Zróbmy coś z rajami podatkowymi, opodatkujmy obroty kapitałowe i wykorzystajmy te pieniądze na cele społeczne. Pewne zmiany już miały miejsce. 15 lat temu obywatele wyszli z inicjatywą opodatkowania obrotów kapitałowych (ATTAC) i od tego czasu obserwuję pewien postęp.

Co z pozostałymi strategiami ekonomicznymi?

Musimy przekonać się do odnawialnych źródeł energii. To zwiększy zatrudnienie i wpływy do skarbu państwa. To dobra zmiana nie tylko dla społeczeństwa, ale także dla klimatu. Czemu więc takie reformy nie zachodzą? Rząd utknął w swoim myśleniu w latach 60. i boi się zmian. To nie jest kwestia braku pomysłu, znamy drogę i nasz cel. Potrzeba tylko odwagi, żeby tę podróż rozpocząć.

Pozostaje jeszcze polityka handlowa. Za nami kryzys wywołany doniesieniami o CETA. Politycy głównego nurtu zgodnie wyrażali poparcie dla tej umowy między Unią Europejską, a Kanadą jako „najbardziej postępowej” ze wszystkich umów handlowych. Czy uważa Pani CETA, po wprowadzeniu zmian forsowanych przez Walonię, za podwaliny innowacyjnego i wolnego handlu?

W żadnym wypadku! W Europie utrwalamy sobie stereotyp „złych Amerykanów” i „dobrych Kanadyjczyków”, gdy w rzeczywistości CETA jest niemal identyczna z TTIP. Tak naprawdę różnic jest niewiele. W Kanadzie mają swoje filie wszystkie największe korporacje amerykańskie, przez które mogłyby pozwać rząd każdego kraju Unii Europejskiej. Kanada i Stany bardzo chętnie korzystają z tej możliwości. Kanada jest w piątce krajów najchętniej korzystających z mechanizmu rozstrzygania sporów na linii inwestor-państwo (ang.  Investor-state dispute settlement, ISDS). Najczęstszymi oskarżycielami są koncerny paliwowe, więc dochodzi tutaj także kwestia zmian klimatycznych.

Niepokój, oprócz ISDS, budzą także zapisy dotyczące rolnictwa..

Struktura rolnictwa w Kanadzie przypomina te znaną ze Stanów Zjednoczonych: 5 proc. gospodarstw pokrywa ponad połowę zapotrzebowania na żywność. Mówimy tu o gigantycznych farmach, w starciu z którymi europejscy rolnicy nie mają żadnych szans.

Jeśli zaś chodzi o użycie środków chemicznych, to nie ma tu mowy o żadnych zasadach etycznych. Nie czytałam 1600 stron CETA, ale jestem przekonana, że nie ma tam ani słowa o etyce. W Unii przestrzegamy zasad ostrożności, to znaczy, że jeśli sądzimy, że substancja mogłaby być szkodliwa dla zdrowia lub środowiska, mamy prawo nie dopuścić do jej wejścia na rynek. W ciągu 35 lat na tej podstawie zablokowaliśmy 1200 środków tego typu. W tym samym czasie Kanada zablokowała sześć.

 

Wywiad przeprowadził Radovan Geist.


*Susan George – amerykańsko-francuska politolożka i socjolożka, aktywistka i pisarka koncentrująca się na sprawach globalnej sprawiedliwości społecznej oraz biedy i zadłużenia w krajach Trzeciego Świata.