Francis Fukuyama: Stajemy do długiej walki z Chinami

Francis Fukuyama

Francis Fukuyama / fot. Andrew Newton [flickr]

I wcale nie jesteśmy skazani na porażkę – przekonuje słynny politolog z Uniwersytetu Stanforda.

 

Rok 2020 się kończy. Jakie wnioski powinniśmy wyciągnąć z tego trudnego czasu?

– Podstawowe pytanie brzmi: jak zwalczaliśmy pandemię i dlaczego jedne kraje poradziły sobie z nią lepiej niż inne. Widzieliśmy bowiem duże różnice w sposobie zarządzania tym kryzysem. Niektórzy twierdzili, że lepiej niż państwa demokratyczne poradziły sobie z nim reżimy autorytarne. Porównywali Stany Zjednoczone i Chiny, co istotnie pokazywało skrajne kontrasty. Jeśli jednak przyjrzymy się uważniej, skuteczność walki z COVID-em nie wynikała z tego, czy działo się to w obrębie demokratycznych państw, czy też nie, niektóre demokracje – Korea Południowa, Tajwan czy Japonia – całkiem dobrze potrafiły z pandemią walczyć. W Europie także dostrzegaliśmy te różnice, więc problem ten nie jest związany z demokracją lub jej brakiem.
Inne czynniki są istotniejsze, zwłaszcza zdolność państwa do radzenia sobie z kryzysami sanitarnymi. Dlatego uważam, że to, iż Azja Wschodnia ma długą i silną tradycję biurokratyczną oraz kompetentnych i niepodatnych na polityczne wpływy urzędników państwowych, odegrało znaczącą rolę. W Chinach co prawda na początku pandemii na urzędnikach wywierano polityczną presję, zwłaszcza gdy państwo próbowało zakamuflować rozmiary pandemii, lecz gdy władza zmieniła strategię, Chińczycy działali dość skutecznie.
Kolejny czynnik wiąże się z poziomem zaufania społecznego w danym społeczeństwie. W takich krajach jak Stany Zjednoczone czy Brazylia, gdzie społeczeństwa są silnie spolaryzowane, rekomendacje i zalecenia rządowe odnosiły małe skutki. Jeśli ludzie są nieufni, a zwłaszcza jeśli nie ufają władzy, nie stosują się do jej zaleceń. W tym względzie szczególnie słabo wypadają Stany Zjednoczone, gdzie przez cztery ostatnie lata bardzo pogłębiły się podziały społeczne. Noszenie maski stało się tam wręcz sprawą polityczną, w przeciwieństwie do większości krajów, których społeczeństwa po prostu uznały ten wymóg za zwykłą konieczność.
Wreszcie ważne było dawanie przykładu. Jeśli w kraju rządzi prezydent, który tak jak Bolsonaro czy Trump nie chce przyjąć niepopularnych rozwiązań, odnotowujemy tam bardzo złe wyniki. Tak więc trzy kluczowe elementy skuteczności walki z pandemią to: zdolność państwa do zarządzania kryzysami sanitarnymi, poziom zaufania społecznego oraz jakość przywódców. Na nieszczęście to, w jakiej konfiguracji one występowały w danym kraju, było częściowo wynikiem historycznego przypadku.

Wprawdzie Francja ma długą tradycję biurokratyczną i państwową, ale w walce z COVID-19 państwo francuskie w powszechnym odczuciu zawiodło. Czy koronawirus przyspieszył zmierzch Zachodu? Czy rok 2020 to koniec „amerykańskiego wieku” i początek tego, co szef kremlowskiej dyplomacji Siergiej Ławrow nazwał „postzachodnim światem”? Innymi słowy, czy 2021 rozpocznie „wiek Azji”?

– Pandemia przesunie środek ciężkości światowej gospodarki w stronę Azji Wschodniej. I nie dotyczy to wyłącznie Chin. Wszystkie kraje azjatyckie dość skutecznie zarządzały tym kryzysem. Co się zaś tyczy siły Chin, nie sądzę, byśmy dysponowali wystarczająco precyzyjnymi informacjami na temat rzeczywistej sytuacji i końca kryzysu. Jest wiele raportów, zwłaszcza o stopie bezrobocia, która jest ponoć o wiele wyższa, niż chcą to przyznać chińskie władze. Np. w wielu chińskich metropoliach w ostatnich dniach prąd jest reglamentowany. Coś się dzieje w Chinach, ale z powodu blokady informacyjnej nie bardzo wiemy co.
Ponadto w krajach demokratycznych, niezależnie od problemów, z jakimi się one mierzą, nadal mamy możliwość odsunięcia od władzy liderów, którzy się nie sprawdzili. Tak się niedawno stało w Stanach Zjednoczonych. Prezydent Trump wprawdzie jeszcze nie odszedł, ale w styczniu będziemy już mieli nową administrację. A to nie jest możliwe w reżimach autorytarnych bez względu na ocenę władzy przez obywateli. Niestety, na świecie mamy wielu prezydentów, którzy kurczowo trzymają się władzy, jak np. w Ugandzie czy w Tanzanii. Pomimo nieudolnych rządów nie można ich usunąć. Białoruś to kolejny przykład. Łukaszenka kontestował istnienie koronawirusa i podjął złe decyzje. Mimo licznych, odważnych protestów nadal utrzymuje się przy władzy.

Właśnie. Białoruś jest przykładem na to, że globalizacja obiegu informacji wcale nie wymusza zmian politycznych i nie staje się narzędziem społecznej presji.

– To nie ma związku jedynie z globalizacją. Internet niezwykle osłabił tradycyjne kanały informacyjne, prasę drukowaną i telewizję. Początkowo wszyscy się z tego cieszyli. Myśleli, że będzie wspaniale, bo każdy będzie mógł pisać i publikować, co tylko zechce, bez korzystania z łaski redakcji, bez obaw o reakcję rządowych agencji. W rzeczywistości jednak ta wolność wykreowała równoległe światy, w których ludzie nie dysponują już tymi samymi faktami. W sieci pojawia się np. lawina informacji na temat szczepionek, w tym wiele teorii spiskowych. To sytuacja o bezprecedensowej skali, ale nie sądzę, by był to problem nie do rozwiązania.
W każdej epoce politycznym przełomom towarzyszą przemiany technologiczne. Sądzę więc, że w końcu i my będziemy umieli temu zaradzić. Tymczasem mamy dziwną sytuację: obywatele w ocenie sytuacji nie dysponują tymi samymi informacjami. Dlatego wybory demokratyczne i debaty publiczne stają się skrajnie trudne.

W artykule niedawno opublikowanym w piśmie „American Purpose” napisał pan, że najbardziej niepokojące jest pojawienie się „nieliberalnych demokracji”, które – tak jak na Węgrzech czy w Polsce lub za czasów Trumpa w Stanach Zjednoczonych – wywierają presję na wolne media, chcąc je sobie podporządkować. Czyż jednak ów kryzys nie zaczął się już wcześniej i nie miał swoich korzeni w niezdolności systemu i mediów do rozpoznania i opisania wielu społecznych problemów? Skoro populista Trump został prezydentem Stanów Zjednoczonych, to znaczy, że bardzo duża część społeczeństwa czuła się pominięta przez polityków i niezauważona.

– To prawda. W krajach rozwiniętych pojawiły się podziały między ludźmi żyjącymi w dużych miastach, kosmopolitami, którzy korzystają z dobrodziejstw nowych technologii, a wszystkimi innymi. Tak jest w Polsce, na Węgrzech, w Turcji, w Rosji, w Stanach Zjednoczonych, w Wielkiej Brytanii. I we Francji – jeśli spojrzymy na ruch „żółtych kamizelek”, zobaczymy, że nie wytworzył się on wedle tradycyjnych podziałów ideologicznych, lecz wedle podziałów społecznych. To część globalnego problemu.
W wielu zamożnych demokracjach lewica całkowicie oderwała się od swojej ludowej bazy. W XX wieku broniła związków zawodowych i robotników, lecz w ciągu ostatnich 40 lat pojęcie równości zaczęło się zmieniać i nabrało nowego znaczenia. To kobiety, geje, lesbijki i imigranci, a nie klasa robotnicza, są dziś marginalizowani i to ich noszą w sercu partie socjalistyczne i socjaldemokraci. W konsekwencji partie utraciły kontakt z białą klasą robotniczą i, szerzej, z masami ludowymi. We Francji większość wyborców partii komunistycznej przeszła do Frontu Narodowego. To symbol buntu białych mas. Widać to wszędzie. Jeśli chce się odzyskać ten elektorat, trzeba z tymi ludźmi znaleźć wspólny język.

Jeśli się tego problemu nie rozwiąże, demokracja amerykańska nie odzyska siły i utraci dominującą pozycję na świecie. I nie będzie to z korzyścią dla świata. Czy Amerykanie zdają sobie z tego sprawę? Z zewnątrz odnosi się wrażenie, że w USA ścierają się dwa rewolucyjne nurty. Z jednej strony, jak pokazały listopadowe wybory, nadal silny jest trumpowski bunt. Z drugiej mamy rewolucję tożsamościową radykalnej lewicy wychodzącą poza mury amerykańskich kampusów, widoczną w mediach. Pośrodku jest Joe Biden, który nie obejmuje żadnego z tych dwóch nurtów. Jakie ma pole manewru?

– W Partii Demokratycznej między skrzydłem progresywnym a ludźmi Bidena będzie wojna. Trump uzyskał lepsze wyniki niż w 2016 r. pośród mniejszości, Latynosów oraz Afroamerykanów, gdyż wielu z nich naprawdę nie identyfikuje się z lewym skrzydłem Demokratów. Do tej pory Demokraci byli zjednoczeni w walce z Trumpem. Lecz gdy Biden zostanie zaprzysiężony, te spory wrócą. Biden będzie próbował zjednoczyć wszystkich, ale to nie będzie możliwe.
Podobny scenariusz można sobie wyobrazić w Partii Republikańskiej, gdzie zwolennicy reaganowskiej polityki wolnego handlu zetrą się z trumpistami. W Stanach Zjednoczonych nie istnieje system proporcjonalnej reprezentacji wyborczej. Nasz system jest oparty na oligopolu dwóch partii, podczas gdy jest duże poparcie dla centrum. Gdybyśmy mieli system podobny do australijskiego, który pozwala na głosowanie na trzecią partię, mógłby się pojawić dominujący, centrowy blok. Ale oczywiście obie partie nie mają w tym żadnego interesu.

A może Republikanie wykorzystają poparcie, jakie zyskał Trump wśród mniejszości, by wrócić wzmocnieni do gry w 2024 r.? Moim zdaniem mamy do czynienia nie tyle z ruchem białego nacjonalizmu, ile z ruchem nacjonalistyczno-robotniczym.

– W Partii Republikańskiej od dawna mówi się o zmianie retoryki na bardziej inkluzywną. Trump jednak sięgnął po rasistowskie tropy. Proszę spojrzeć na walkę wokół pomników konfederatów. Trump tłumaczył, że chce upamiętniać wybitnych południowców, choć byli właścicielami niewolników, i że nie zmieni zdania w tej sprawie, podczas gdy należało znaleźć jakieś rozwiązanie, zważywszy na złożoność tematu. Jest wielu Republikanów, którzy nie chcą szerszego otwarcia swojej partii. Jednak powinni to zrobić, gdyż – jak pokazały ostatnie wybory – wielu przedstawicieli mniejszości wyznaje wartości konserwatywne. Po odejściu Trumpa, który z partii uczynił zakładnika swojej retoryki, sytuacja wreszcie może się zmienić.

Czy Trump pozostanie znaczącą siłą polityczną?

– Jego baza nadal będzie ważną siłą, jednak prezydentura dawała mu wyjątkowe możliwości, a on ją właśnie stracił. Gdy Biden zasiądzie w Białym Domu, cała uwaga będzie skupiona na nim. Niedługo szczepionki pozwolą powrócić do normalności, a gospodarka się odbije. To nie będzie zasługa Bidena, ale to będzie jego szansa. To go może wzmocnić.

Wspomniał pan, że nie wiemy w istocie, jaka jest sytuacja wewnętrzna w Chinach, i że może zbyt prędko ogłosiliśmy, że Chiny staną się supermocarstwem. Niemniej wielu ekspertów, jak David Goldman w swojej ostatniej książce „You Will Be Assimilated: China’s Plan to Sino-form the World”, przestrzega, że Chińczycy wygrywają już kluczowe technologiczne batalie: technologia 5G, sztuczna inteligencja, eksploracja kosmosu… Czy Chiny nie staną się jeszcze większym wyzwaniem, niż był ZSRR, skoro to państwo totalitarne, które kontroluje technologię mającą potencjał totalnej kontroli?

– Bez wątpienia są wyzwaniem większym niż ZSRR. Dlatego nikt Chinom nie powinien odpuszczać. Powinniśmy przewidzieć najgorsze i założyć, że nadal to państwo będzie rosło w siłę. Ważne jednak, byśmy pamiętali, że ta pozorna przewaga wcale nie musi trwać. Niewykluczone, że Chiny będą musiały zmierzyć się z wieloma wyzwaniami. Państwo jest bardzo zadłużone, a społeczeństwo chińskie, które teraz szybko się starzeje, nigdy nie zaznało masowego bezrobocia ani jego gospodarczych skutków. Jeśli tak by się stało – a moim zdaniem to nieuchronne – nie wiemy, na ile ich system polityczny będzie stabilny.
Ponadto jako demokraci wiemy, że utrzymanie się przy władzy liderów, którzy przed nikim nie odpowiadają, nie tolerują kontroli i czują się bezkarni, nigdy nie kończy się dobrze. Powinniśmy o tym pamiętać. Systemy autorytarne z trudem przystosowują się do zmian. Krótkoterminowo winniśmy więc być ostrożni i uważni, lecz długoterminowo należy zachować ufność, gdyż koniec końców system demokratyczny, w którym liderzy poddawani są kontroli, okaże się bardziej efektywny.

Nie sądzi pan, że nasz głęboki kryzys otwiera przed Chinami nowe okno możliwości? Podczas gdy my zastanawiamy się, czy „przypisać płeć” dzieciom i prowadzimy gorące debaty na tematy obyczajowe, które oni postrzegają jako symbol dekadencji Zachodu, Chiny mogą wykorzystać nasze podziały i narzucić pewną formę dominacji. Technologia 5G przyprawia o ból głowy, gdy pomyślimy o jej zdolności kontrolowania ludzkiej aktywności…

– Tak, z pewnością będą ją kontrolować u siebie. Ale czy uda się im rozszerzyć tę kontrolę na zewnątrz, to ważne i wciąż otwarte pytanie. Trump miał częściowo rację, gdy chodzi o politykę wobec Chin. Miał rację, sprzeciwiając się Huawei oraz chińskim inwestycjom w kluczowe infrastruktury cyfrowe. Zrobił źle, że nie stworzył silniejszej zachodniej koalicji, by przeciwstawić się Pekinowi.
Batalie, które prowadził z demokratycznymi partnerami, osłabiły jego działania mające zahamować chińską ekspansję. Sądzę, że Biden to zmieni, będzie zabiegał o większą solidarność pomiędzy sojusznikami, by blokować agresywne Chiny. To będzie długa walka, ale wcale nie jesteśmy skazani na porażkę.

Czy uniwersytety amerykańskie mają narzędzia, by tę walkę podjąć? Chiny kształcą każdego roku tysiące inżynierów w dziedzinie nowych technologii, podczas gdy bez studentów z Azji, zwłaszcza chińskich, Ameryka ma kłopot…

– Przesada. Konserwatywne media mają tendencję do skupiania się na buntach i protestach w amerykańskich kampusach – i tu oczywiście dzieją się rzeczy nieprawdopodobne, niekiedy szalone – ale to nie oznacza, że nasze uniwersytety nie zapewniają świetnej edukacji oraz że nie wytwarzają technologicznych innowacji. Uważam, że Ameryka zachowa przewagę w tej dziedzinie. Patrząc na uniwersytety chińskie, widać, że partia komunistyczna rozszerzyła tam swoje wpływy, a studenci spędzają dużo czasu na nauce teorii Xi Jinpinga i marksizmu-leninizmu. Tymczasem innowacje wymagają krytycznych umysłów zdolnych do kwestionowania ustalonego autorytetu i zastanych prawd. Państwo autorytarne siłą rzeczy ma kłopot, jeśli chodzi o kształtowanie takich umysłowości.

Niebagatelnym wnioskiem, jaki wyciągamy z ostatnich 12 miesięcy, jest świadomość jak bardzo technologie stały się kluczowe w naszym życiu. Wielu z nas spędzało ostatnie miesiące na różnych Zoomach. Ale czy demokracje dokonują właściwych wyborów w dziedzinie technologii? Czy nie zanadto przykładamy wagę do software’u? Zważywszy na monopolistyczny charakter platform cyfrowych, czy nie należałoby dążyć do ich osłabienia, by bronić naszych wolności?

– W listopadzie przewodniczyłem pracom komitetu ds. zasięgów platform internetowych (czyli Google’a, Facebooka, Twittera, Amazona). Już widzimy, że jest wiele problemów ekonomicznych i politycznych wynikających z rozmiarów tych platform. Z ekonomicznego punktu widzenia to problem klasycznego monopolu, gdyż te giganty uniemożliwiają konkurencję.
Sytuacja jest jednak bardziej niepokojąca, gdy owe platformy zmieniają się w politycznych aktorów i zaczynają odgrywać polityczne role. Mają one wielką zdolność wzmacniania jednych głosów i usuwania innych. Jako że – w przeciwieństwie do Europy – nie regulujemy tego sektora, liczymy na to, że te firmy same to zrobią. W czasie wyborów prezydenckich Dolina Krzemowa podjęła serię działań, by wyeliminować z sieci pewne wątpliwe opinie czy teorie spiskowe, niektóre kontrowersyjne tweety prezydenta Trumpa opatrzono stosownymi komentarzami itd. Nie sądzę jednak, by mogło to być właściwe rozwiązanie na dłuższą metę.

Czy to nie jest niebezpieczne? A kim niby są ci technologiczni oligarchowie, by mogli decydować, co jest prawdą, a co nią nie jest?

– Nie mają do tego żadnego tytułu. W dodatku nie są zadowoleni, że muszą stosować się do tych regulacji, które stawiają ich w kłopotliwej sytuacji wobec ich użytkowników. Przedstawiliśmy propozycję, która zakłada stworzenie listy firm, którym giganci internetowi mogliby przekazywać zarządzanie zawartością swoich platform. Chodzi o mniejsze podmioty, które stosowałyby opcję filtrów pozwalających na bardziej precyzyjne określenie preferencji użytkowników oraz dostarczałyby różne opcje filtrowania kontentu. W ten sposób można by wybierać to, co chcemy oglądać. Tak więc w przyszłości są możliwe potencjalne rozwiązania, choć faktycznie jak dotąd nie znaleźliśmy jeszcze takiego, które byłoby satysfakcjonujące.

Czy amerykańscy politycy mogliby przyjąć takie regulacje, jakie obowiązują w Europie?

– Nie sądzę, by to było możliwe, gdyż nie mamy w tej sprawie szerokiego konsensusu politycznego. Ale w ostatnich miesiącach nastąpiły duże zmiany, jeśli chodzi o wprowadzenie antymonopolowych regulacji. Wniesiono kilka pozwów federalnych i stanowych przeciwko Facebookowi i Google’owi, to samo może się stać w przypadku Amazona. Większość klientów tych firm uważa, że byliśmy zbyt pobłażliwi wobec tych gigantów i pozwoliliśmy im się rozrosnąć. I nie dotyczy to wyłącznie branży internetowej.
Szkoła ekonomiczna z Chicago utrzymywała przez lata, że rozmiar firm nie stanowi problemu. Z kolei ekonomista Thomas Philippon wykazał, że ceny w Stanach Zjednoczonych są wyższe niż w Europie, gdyż Europejczycy wprowadzili bardzo ścisłe przepisy dotyczące konkurencji.

W 1989 r. wieszczył pan zwycięstwo Zachodu, demokracji liberalnej oraz kreślił obraz harmonijnego, globalnego społeczeństwa, 31 lat później mamy wrażenie, że to raczej globalny koszmar.

– Piszę o tym w ostatniej książce „Tożsamość”. Gdyby jednak ludzie przeczytali moją ówczesną książkę do końca, zrozumieliby, że już wówczas wspominałem o „Ostatnim człowieku” Nietzschego, chcąc podkreślić, że na „końcu Historii” ludzie nie będą szczęśliwi, gdyż ów koniec nie dałby im wystarczającego poczucia tożsamości. Pisałem tam, że ludzie potrzebują czegoś więcej niż tylko bycia równymi obywatelami czy życia w liberalnym systemie politycznym. Chcą np. być Katalończykami lub Szkotami. Chcą, by uznać ich transgenderową lub lesbijską tożsamość. Chcą, by państwo za nimi stało. Przewidziałem wiele z tego, co się dziś dzieje. W społeczeństwie liberalnym jest wiele rzeczy, których ludzie nie lubią.

Brak transcendencji?

– Tak. Mamy do czynienia z pustką duchową. Ludzie mają wrażenie braku przynależności do wspólnoty, czują, że ich działania nie są napędzane wyższymi wartościami, które pozwoliłyby im przekraczać siebie, stawać się kimś więcej, niż są. Zarówno na lewicy, jak i na prawicy mają poczucie pustki, której nasze liberalne społeczeństwa nie są zdolne wypełnić. Liberalizm istnieje, gdyż jest konieczny, by utrzymać różnorodne społeczeństwa razem. Jeśli w społeczeństwie różnorodnym chcielibyśmy rezygnacji z szerokiego kompromisu wokół spraw etnicznych, rasy czy religii, idziemy prosto na ścianę. Dokładnie to dzieje się obecnie w Indiach. Indie zostały zbudowane jako liberalna republika. Premier Modi i jego nacjonalistyczna partia zmieniają tożsamość narodową, opierając ją na hinduizmie, co oznacza wykluczenie blisko 200 milionów obywateli tego kraju.
Był dobry powód, dla którego Europa przyjęła zasady liberalizmu po wojnach religijnych XVI-XVII wieku – zrobiła to, bo był to dobry sposób zarządzania podzielonymi społeczeństwami. Ten argument z powrotem stanie się bardzo ważny. Trzeba jednak czasu, by ludzie zdali sobie z tego sprawę.