Michał Rusinek: Dehumanizacja w języku polityki to koniec demokracji [WYWIAD]

Michał Rusinek, dobra zmiana, język polityki, Jarosław Kaczyński, Zjednoczona Prawica, Katarzyna Kłosińska,

prof. Michał Rusinek, literaturoznawca, współautor książki "Dobra zmiana, czyli jak się rządzi światem za pomocą słów" / fot. Beata Zawrzel

„Wstawanie z kolan, retoryka godnościowa jest bardzo skuteczna. Zwalnia nas z jakiegokolwiek obowiązku edukacji czy poprawiania czegoś w sobie. Najlepsi jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. My nie mamy się czego wstydzić, to Europa ma się wstydzić”,  podkreśla w rozmowie z EURACTIV.pl prof. Michał Rusinek, literaturoznawca, współautor książki „Dobra zmiana, czyli jak się rządzi światem za pomocą słów”.

 

 

Martyna Kompała, EURACTIV.pl: Kanalie, mordy zdradzieckie, gorszy sort… Dlaczego pozwalamy na agresję czy dehumanizację w języku polityków?

Prof. Michał Rusinek: To są rzeczy, moim zdaniem, stopniowalne. Agresja w języku polityków zawsze występowała, występuje i występować będzie. Arena polityczna przypomina pole walki, a agresja jest jej elementem – zwłaszcza wtedy, kiedy pojawiają się, oprócz kwestii merytorycznych, także emocje.

W idealnym państwie demokratycznym toczymy ze sobą dialog. Chodzi o to, by w imię dobra wspólnego dojść do konsensusu – to takie zapomniane współcześnie słowo – doprowadzić do sytuacji, w której nawzajem przekonujemy się do swoich racji zgodnie z własnym światopoglądem czy z czymś, co można by nazwać oczekiwaniami na przykład wyborców.

Ale tak jest tylko w idealnym świecie. Nawet w liberalnych demokracjach w dyskursie polityków pojawiają się czy to argumenty ad personam, czy inwektywy. Przykładowo te, które Pani wymieniła.

O ile politycy mają świadomość, że agora jest obszarem, w którym wzajemnie się szanujemy, gdzie czasem oczywiście puszczają nerwy i pojawiają się obelgi, za które później powinno się przepraszać, gdy emocje opadną – to jest jeszcze do zaakceptowania. Natomiast jeżeli pojawia się dehumanizacja, to właściwie kończy się demokracja – kończy się szacunek dla naszego rozmówcy.

Dehumanizacja powoduje, że wyrzucamy naszego odbiorcę poza agorę, zamykamy mu usta. Przecież nie jest człowiekiem, więc jest niegodny rozmowy. Znaki dehumanizacji na szczęście nie są w języku „dobrej zmiany” częste, ale co jakiś czas pojawiają się w nim – u polityków, prorządowych publicystów. To jest pierwszy krok do stosowania przemocy.

Mnie zawsze przychodzi do głowy przykład Rwandy. Ludobójstwo zaczęło się właśnie od tego, że jedna strona etnicznego konfliktu zaczęła dehumanizować drugą stronę, posługując się wobec niej, takimi określeniami jak karaluchy albo żmije – stworzenia zagrażające ludziom, które można, a nawet należy tępić.

Innym, rozpowszechnionym w naszym dyskursie chwytem retorycznym jest sprowadzenie ludzi do ideologii. To też jest rodzaj dehumanizacji, nie animizacyjnej, jednak wciąż dehumanizacji.

Język „dobrej zmiany”, na pierwszy rzut oka jednak nie zawsze kojarzy się z pogardą, czego przykładem może być „biała róża”. Sformułowanie użyte pierwszy raz przez Jarosława Kaczyńskiego w maju 2017 r., będące reakcją na kontrmiesięcznice Obywateli RP. Prezes Prawa i Sprawiedliwości powiedział wówczas: „Te białe róże, które widać to właśnie symbol nienawiści. Nienawiści i głupoty, skrajnej głupoty i skrajnej nienawiści”.  Nazwali to Państwo „orwellowskim odwracaniem znaczeń”. Dlaczego neutralne, a nawet mogłoby się wydawać piękne słowa, są „dobrozmianową” amunicją w stronę wroga?

Chodzi tu głównie o próbę zapanowania nad językiem również w jego symbolicznej warstwie. „Biała róża” niesie za sobą pewne konotacje, symboliczne i historyczne – „Weiße Rose”, znak oporu przeciwko faszyzmowi.

Jeżeli coś, co się pozytywnie kojarzy, wykorzystywane jest przeciwko władzy, to próbuje ona nadać temu inne znaczenie – takie, którego nie ma w słowniku Władysława Kopalińskiego. Próbuje zapanować nad symbolem nadając znaczenie mu przeciwne do tych już istniejących.

W tym wypadku to sfera czysto symboliczna, ale jeszcze istnieje sfera gramatyczna. Przykładem jest słynna wypowiedź pani Krystyny Pawłowicz, wówczas posłanki, w której powiedziała, że forma „wziąć” jest formą „lewacką”, a forma „wziąść” jest arcypolską i taką powinno się stosować. To tak, jakby powiedzieć: „My mamy władzę, bo suweren nam ją dał. Możemy więc zmienić wszystko”.

Współautorka książki prof. Katarzyna Kłosińska powiedziała w wywiadzie z Bartoszem Węglarczykiem, że „dobra zmiana” tworzy swój własny język. Pan stwierdził natomiast, że to próba opisania świata na nowo. Czym więc, Pana zdaniem, język „dobrej zmiany” różni się od języka innych ugrupowań politycznych?

Każda formacja tworzy swój język oparty na własnym systemie wartości. Służy on do opisania świata w taki sposób, by jego wizja została przyjęta przez wyborców. Wydaje mi się, że „dobra zmiana” jest projektem językowym, bardzo spójnym i bardzo wdzięcznym do opisywania z perspektywy językoznawców. Trudno odsączyć, które z określeń „dobrozmianowych” mają charakter profesjonalny i są dziełem specjalistów od PR politycznego, a które pojawiają się spontanicznie i zostają przez polityków przejęte.

Nie wiem, jak wyglądają tzw. „przekazy dnia” – ale ich przykładem może być „opozycja”, o której przecież zawsze politycy, prawicy i media rządowe mówią „totalna”. To bardzo skuteczny schemat. Myślę, że pierwszy raz mamy do czynienia z tak spójną wizją świata i tak wyraźnie odklejoną od rzeczywistości.

Prof. Kłosińska w jednej ze swoich książek wprowadziła podział na dyskurs etyczny i dyskurs pragmatyczny. Etyczny będzie bardziej prawicowy, oparty na tradycji lub odwołaniu do XIX- wiecznej retoryki.

Ten drugi będzie nowoczesny, liberalny, proeuropejski. Dotychczas przeplatały się one w życiu politycznym. Teraz właściwie „dobra zmiana” zmonopolizowała język. To, na co wskazują czytelnicy naszej książki, jak również i politycy „nie-dobrozmianowi”, to przejęcie przez nas wszystkich języka „dobrej zmiany”.

Język opozycji jest językiem defensywnym, bardzo rzadko wprowadza swoje konstrukty językowe, frazeologizmy czy sposoby opisywania rzeczywistości. Odnosi się do tego, co zaproponowała „dobra zmiana”. Opozycja mówiąc na przykład: „Nie, to nie ideologia, to ludzie” – powtarza de facto to, co wymyślili politycy Zjednoczonej Prawicy.

Odnosząc się do XIX wiecznej retoryki – czytając książkę miałam wrażenie, że dziś często język polityki odnosi się także do romantycznej wizji świata. Czy na płaszczyźnie językowej my, jako Polacy, nadal mamy się za mesjasza narodów?

Politycy starają się nam wmówić, że jesteśmy narodem wybranym i to my uratujemy Europę – świecką, laicyzującą się, proponując jakiś rodzaj nowego romantyzmu. Wstawanie z kolan, retoryka godnościowa jest bardzo skuteczna. Zwalnia nas z jakiegokolwiek obowiązku edukacji czy poprawiania czegoś w sobie. Najlepsi jesteśmy tacy, jacy jesteśmy. My nie mamy się czego wstydzić, to Europa ma się wstydzić.

Podaje się różne, często demagogiczne argumenty. Język „dobrej zmiany” bardzo często – świadomie lub nie – odwołuje się do retoryki PRL-owskiej, która była oparta na dokładnie takim samym schemacie, częściowo także nawiązując do retoryki romantycznej czy zaborowej.

Retoryka PRL-owska pokazywała komunistyczną wizję świata jako tę, która jest właściwa. W niej Zachód był zawsze zgniły. Obecnie nie pojawił się jeszcze taki frazeologizm w języku „dobrej zmiany”, ale nie byłbym zdziwiony, gdyby tak się stało.

Współcześnie w języku „dobrej zmiany” znajdujemy wiele środków stylistycznych, w tym neologizmy – „postępak”, „genderyzm”, „totalsi”. Po co politykom nowe słowa?

Myślę, że służą do tego, żeby przestawić wektory znaczeń. „Postępak” to jest takie określenie – to, co było niekwestionowaną wartością w dyskursie pragmatycznym to właśnie kategoria postępu. Nie znajdziemy takiej krytyki w PRL-owskim dyskursie. Tutaj widzimy narrację Kościoła katolickiego, krytyka postępu płynie właśnie ze środowisk kościelnych.

Postępowi zostaje przeciwstawiona tradycja. Musimy „wrócić” do wartości, na których powinniśmy oprzeć wizję świata.

Wracając do neologizmów, oprócz odwracania znaczeń chodzi też o ich rozmywanie – stosowanie zabiegu polegającego na krytyce tego, co druga strona uważa za pozytywne. Możemy zauważyć to w retoryce publicystycznej, felietonowej. Chodzi o to, by w pewien sposób „podminować” wartości chociażby takie jak postęp i pokazać ich bezwartościowość.

Media społecznościowe w politycznym świecie są bardzo popularne. Wystarczy wspomnieć Krystynę Pawłowicz czy byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa. Jak social media wpływają na język polityki?

Wydaje mi się, że w tej sferze najważniejszym medium jest Twitter. W Polsce jest on niezwykle polityczny i też bardzo prawicowy, jak wynika z badań. Oczywiście, tak jak w przypadku Facebooka, można sprowadzić go do bańki informacyjnej. Na Facebooku „wyrzucamy” tych, którzy myślą inaczej, nie wchodzimy z nimi w żadne dyskusje. „Unfriendujemy” ich – swoją drogą sformułowanie to było słowem roku już w 2009 r.

Tweety piszemy z telefonu, bardzo szybko i niedokładnie, ograniczenie znaków także wymusza pewną esencjonalność i skrótowość. Są mniej przemyślane, pisane w emocjach, czego konsekwencją jest to, że często frazeologizmy, które tam się pojawiają wchodzą do języka parlamentarnego.

Twitter jest narzędziem, dzięki któremu Donald Trump wygrał wybory. Daje wyborcom wrażenie, że polityk jest bliżej nich. A jeśli to jest taki polityk, który posługuje się językiem prostych ludzi, to działa o wiele skuteczniej niż posty wymyślone przez sztab doradców. Można to porównać do prywatnej rozmowy.

Włączamy telefon i mamy osobistą wypowiedź prezydenta. Musimy pamiętać, że żyjemy w czasach populizmu wzmocnionego działaniem social mediów, wobec których trzeba być bardzo ostrożnym.

Na koniec, najważniejsze pytanie – jak długo można rządzić światem za pomocą słów?

Mam wrażenie, że do końca świata. Ważne jest to, jakie to są rządy – co robią ze światem i z nami. Jeżeli powodują, że dowiadujemy się o świecie coraz więcej i rozumiemy go coraz lepiej, to wszystko jest na swoim miejscu.

Jeżeli jednak słowa „wbijają” w nas przeświadczenie: „My Polacy, złote ptacy” – przekonują nas, że jesteśmy, jacy jesteśmy i nie musimy nic zmieniać, nie opisują świata, a nakładają na niego jakąś populistyczną wizję – to są rodzajem manipulacji, i to bardzo szkodliwej.

Mogą np. doprowadzić do tego, że wyjdziemy z Unii Europejskiej. Myślę, że gdyby opozycja miała trochę więcej woli, spróbowałaby zaproponować inny język, który nie byłby defensywny, a ofensywny. Taki język pozwoliłby się opozycji odróżnić od języka „dobrej zmiany” i przekonałby do niej wyborców. Jeżeli jednak damy się zmanipulować, długo będziemy ponosić tego konsekwencje.