Prezydent Burundi bagatelizował koronawirusa. Umarł z tego powodu?

Nieżyjący już prezydent Burundi Pierre Nkurunziza, źródło: Flickr/GovernmentZA, fot. DOC (CC BY-ND 2.0)

Nieżyjący już prezydent Burundi Pierre Nkurunziza, źródło: Flickr/GovernmentZA, fot. DOC (CC BY-ND 2.0)

Prezydent położonego we wschodniej części Afryki Burundi Pierre Nkurunziza nie uważał nowego koronawirusa za duże zagrożenie. Nie negował jego istnienia, ale przekonywał, że jego kraj zawarł w tej sprawie „pakt z Bogiem”. Kilka dni temu prezydent zmarł. Wielu obywateli wierzy, że z powodu infekcji koronawirusem.

 

Burundi to jedno z najmniejszych i najbiedniejszych państw afrykańskich. Graniczy z Tanzanią, Rwandą i Demokratyczną Republiką Kongo. Nie ma dostępu do morza i rozrywane było w II połowie XX wieku walkami między dwoma głównymi grupami etnicznymi kraju – Hutu i Tutsi.

Konflikt etniczny w Burundi, który trwał od 1972 r., a jego korzenie sięgają przewrotu wojskowego z 1965 r. (a więc raptem 3 lata po uzyskaniu niepodległości), de facto zakończył się dopiero w 2009 r. wraz ze złożeniem broni przez ostatnie oddziały rebeliantów. Choć najintensywniejsza wojna domowa trwała w latach 1993-2005.

Nkurunziza – od demokraty do satrapy

Od 2005 r. stanowisko prezydenta w 2005 r. objął wywodzący się z plemienia Hutu przywódca rebeliantów Pierre Nkurunziza. Z początku udawało mu się odnosić duże sukcesy, w tym zjednoczyć podzielony etnicznie naród po konflikcie, który kosztował życie 300 tys. osób oraz odbudowywać gospodarkę, za co dostał siedem różnych międzynarodowych nagród pokojowych.

Z czasem jednak Nkurunziza, jak wielu przywódców w tym rejonie Afryki, zamieniał się w autokratę. Przede wszystkim nie miał zamiaru rozstawać się z władzą. W 2015 r., po upływie dwóch kadencji, postanowił pozostać na urzędzie na trzecią, ale tamte wybory zakończyły się walkami ulicznymi, nieudaną próbą zamachu stanu i ucieczka ponad 150 tys. przeciwników prezydenta do sąsiednich krajów.

Nkurunziza uznał bowiem, że wbrew konstytucyjnej zasadzie dwóch kadencji prezydenckich może się ubiegać o trzecią, bo na pierwszą powołał go parlament, a nie jak w kolejnej społeczeństwo w powszechnych wyborach. Dlatego stanął do kolejnych.

Zgodę na taką interpretację dał Sąd Konstytucyjny, ale jego wiceprzewodniczący jeszcze przed wyborami zbiegł z kraju i przyznał, że został do podjęcia takiej decyzji zmuszony. Co więcej, w kraju, gdzie 2 na 3 uprawnionych do głosowania nie umie czytać i pisać, a głos oddaje się odciskając umoczony w tuszu palec obok logo danej partii, oszustwa wyborcze są bardzo łatwe.

Ostatecznie Nkurunziza zdusił próbę puczu i utrzymał się u władzy. Ale liczący niecałe 12 mln mieszkańców kraj zaczął podupadać. I to zarówno gospodarczo, jak i politycznie. Tylko 3 proc. mieszkańców ma tam nieprzerwany dostęp do elektryczności. Burundi kilka razy zajmowało też pierwsze miejsce w Światowym Indeksie Głodu.

Z kolei prezydent zaczął ostro rozprawiać się z opozycją i tłumić wolność słowa. Doszło nawet do zabójstw jego przeciwników politycznych. W 2017 r. – na wszelki wypadek – Burundi wycofało się spod jurysdykcji Międzynarodowego Trybunału Karnego. W 2019 r. wypędzono zaś monitorujących przestrzegania praw człowieka pracowników ONZ.

W tym Nkurunziza ponownie chciał ubiegać się o prezydenturę, ale głosy sprzeciwu podniosły się nawet w jego własnej partii Narodowej Radzie na rzecz Obrony Demokracji – Siłach na rzecz Obrony Demokracji (CNDD–FDD), czyli dawnej partyzantce przekształconej w ruch polityczny.

Koronawirus: Sytuacja w Polsce, Europie i na świecie – AKTUALIZACJA

Najnowsze informacje na temat pandemii koronawirusa w Polsce, Europie i na świecie – TEKST NA BIEŻĄCO AKTUALIZOWANY

Prezydent Burundi miał ustąpić ze stanowiska

W końcu pod naciskami, które płynęły także od społeczności międzynarodowej, Nkurunziza uległ i ze swoich planów się wycofał. Namaścił jednak następcę gen. Evariste’a Ndayishimiye, czyli dotychczasowego sekretarza generalnego CNDD-FDD, który 20 maja wygrał zdobywając oficjalnie 68 proc. głosów, choć opozycja alarmowała o wielu nieprawidłowościach.

Nkurunziza miał więc niebawem rozstać się z władzą, choć zarezerwował sobie tytuł „Najwyższego lidera patriotyzmu”, a także luksusową wille oraz dużo pieniędzy. I zapewne nieformalny wpływ na krajową politykę.

Ale z tych planów nic nie wyszło, bo niepodziewanie, w wieku zaledwie 55 lat, zmarł 8 czerwca. W ostatnią sobotę (6 czerwca) zasłabł podczas gry w koszykówkę. Natychmiast zabrano go do szpitala.

Na początku informowano o poprawie jego stanu, ale w poniedziałek ostatecznie stwierdzono jego zgon. Oficjalna przyczyna to atak serca, ale wielu Burundyjczyków wcale nie wierzy w rządowy komunikat. I podejrzewa, że Nkurunziza w istocie chorował na COVID-19, czyli, że zabił go koronawirus, którego prezydent publicznie bagatelizował.

Przywódca Burundi nie negował, tak jak np. przywódcy Korei Północnej czy Tadżykistanu, obecności nowego patogenu w swoim kraju, ale podobnie do białoruskiego prezydenta Aleksandra Łukaszenki uważał go za tak samo groźny na jak wirusy grypy czy przeziębienie.

W Burundi nie wprowadzono żadnych przeciwepidemicznych obostrzeń, a Nkurunziza przekonywał, że kraj znajduje się pod specjalną boską ochroną. „Burundi, wierzcie albo nie, podpisało pakt z Bogiem” – przekonywał prezydencki rzecznik.

Koronawirus wykryty w Lesotho. Tylko 12 państw oficjalnie bez SARS-CoV-2

W położonym na południu Afryki niewielkim kraju stwierdzono pierwszy przypadek infekcji koronawirusem SARS-CoV-2. Dopiero teraz, choć kraj jest enklawą RPA, gdzie zachorowań jest najwięcej na całym Czarnym Lądzie.

Koronawirus zbiera po cichu żniwo w Burundi?

Tymczasem 10 dni przed śmiercią prezydenta zachorowała jego żona – Denise Bucumi. Z powodu fatalnej jakości burundyjskiej służby zdrowia przetransportowano ją do luksusowego szpitala w Nairobi w Kenii. Nieoficjalne źródła w pałacu przekonywały, że prezydentowa zakaziła się koronawirusem. Teraz nagle umarł jej mąż, który w dniu zasłabnięcia miał mieć wysoką gorączkę i problemy oddechowe.

Oficjalnie koronawirus w małym stopniu uderzył w Burundi. Według tamtejszego ministerstwa zdrowia stwierdzono tylko 85 zakażeń, a zmarła z tego powodu zaledwie jedna osoba. Ale zaufanie do polityki informacyjnej władz jest bardzo małe zarówno w samym Burundi, jak i na świecie.

Poza tym kraj właściwie nie przeprowadza testów na obecność wirusa. Dotąd (według oficjalnych źródeł) zrobiono ich zaledwie… 382. Mniej testują już tylko małe wyspiarskie państewka na oceanach, ale one mają nawet kilka tysięcy razy mniej mieszkańców.

Do tego podczas majowych wyborów prezydenckich nie zastosowano żadnych zasad dystansowania społecznego. Wyborcy tłoczyli się przed nielicznymi lokalami wyborczymi w długich i ciasnych kolejkach. Nie mieli też dostępu do płynów dezynfekcyjnych, a nawet wody z mydłem. Maseczek nie nosi w tym kraju prawie nikt.

Być może świadom zagrożenia prezydent Nkurunziza dzień przed głosowanie wyrzucił z kraju całą stałą misję Światowej Organizacji Zdrowia, która zajmowała się tam nie tylko koronawirusem, ale także Ebolą, polio czy walką z chorobami pasożytniczymi.

Dlatego wielu Burundyjczyków wierzy, że w ich kraju epidemia może szaleć na całego, a ofiarą koronawirusa mogli paść nawet ustępujący prezydent i jego małżonka.