Czy NATO przetrwa kryzys w Afganistanie? „Po raz pierwszy Sojusz przegrał wojnę”

Afganistan, Joe Biden, Jens Stoltenberg, USA, NATO

Opracowanie graficzne: Kinga Wysocka, EURACTIV.pl

Wychodząc z Afganistanu „sojusznicy zdawali sobie sprawę z ryzyka”, przyznał w ubiegłym miesiącu szef NATO Jens Stoltenberg. Błyskawiczne przejęcie Afganistanu przez talibów stawia jednak Sojusz przed koniecznością zmierzenia się ze świadomością porażki na bezprecedensową skalę. Czy NATO grozi kryzys egzystencjalny?

 

 

„To największa klęska, jaką NATO poniosło od czasu jego powstania”, ocenił misję w Afganistanie Armin Laschet, przewodniczący niemieckiej CDU i kandydat chadeków na kanclerza Niemiec w zbliżających się wyborach do Bundestagu.

Przez prawie 20 lat Sojusz Północnoatlantycki i poszczególne jego państwa zainwestowały ogromne środki i poniosły gigantyczne koszty – nie tylko finansowe, ale także i ludzkie – próby odbudowy Afganistanu i zaprowadzenia tam demokracji. Po ponad 10-letniej misji Międzynarodowej Siły Wsparcia Bezpieczeństwa (ISAF) NATO rozpoczęło misję szkoleniowo-doradczą Resolute Support.

Wysiłki na rzecz budowy państwa afgańskiego obróciły się jednak wniwecz w chwili przejęcia Kabulu przez talibów. Ich zwycięstwo pokazało też daremność szkolenia afgańskiej armii, która nie postawiła wystarczającego oporu bojownikom.

Radosław Sikorski: Wydarzenia w Afganistanie powinny skłonić UE do głębszej refleksji nad autonomią strategiczną [WYWIAD]

„Wielu Afgańczyków uważa wyprowadzenie sił przez USA za duży błąd. Amerykańskie oddziały obecne są w wielu krajach świata, a z Afganistanu zostały teraz wycofane zupełnie”, mówi eurodeputowany Radosław Sikorski.

Szybka ofensywa talibów zaskoczyła NATO

Sceny z pospiesznych ewakuacji z Kabulu w niepokojący sposób przypominały wydarzenia z Wietnamu. Tyle że wojna w Wietnamie była wojną amerykańską, a ta w Afganistanie to wojna natowska. Nie była to pierwsza nieudana operacja Sojuszu (wystarczy wspomnieć o Jugosławii), ale pierwsza naprawdę przegrana wojna, wskazuje Dave Keating, analityk związany m.in. z Atlantic Council, w artykule dla Internationale Politik Quaterly.

Gdy administracja Donalda Trumpa zawarła w lutym ubiegłego roku umowę z talibami i ogłosiła wyprowadzanie wojsk USA z Afganistanu, a jego następca Joe Biden podtrzymał tę decyzję, wydłużając jedynie czas jej realizacji, część spośród europejskich dyplomatów w kuluarach kwestionowało ten krok, obawiając się, że zbyt pospieszne wycofanie sił z regionu może doprowadzić do przejęcia z powrotem przez talibów władzy w Afganistanie.

Obawy okazały się uzasadnione, choć – jak podkreśla się zarówno w Waszyngtonie, jak i w Brukseli oraz innych europejskich stolicach – trudno było spodziewać się, że powrót talibów do władzy nastąpi tak szybko.

Sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg zapewniał w ubiegłym miesiącu, że decyzja o opuszczeniu Afganistanu została podjęta świadomie. „Sojusznicy zdawali sobie sprawę z ryzyka, ale wiedzieli, że alternatywą jest (…) najprawdopodobniej zwiększenie obecności w Afganistanie natowskich oddziałów i ponowne zaangażowanie w walki”, tłumaczył szef Sojuszu.

„Decyzja o zakończeniu naszej misji nie była łatwa. Stanęliśmy przed poważnym dylematem. Mogliśmy albo opuścić Afganistan i ryzykować, że talibowie odzyskają władzę, albo pozostać, ale liczyć się z kolejnymi atakami i z tym, że nie wiadomo byłoby, kiedy się to wszystko zakończy”, mówił Norweg. Przyznał jednak, że „militarny i polityczny upadek” Afganistanu „nastąpił w niespodziewanym dla wszystkich tempie”.

Stoltenberg o wyprowadzeniu wojsk z Afganistanu: "Byliśmy świadomi ryzyka"

Szef NATO wyjaśnił, że alternatywą dla wyjścia z Afganistanu było zwiększenie obecności natowskich sił w regionie i wydłużenie misji w nieskończoność.

Amerykanie wciągnęli Europę w skazaną na porażkę misję?

Dave Keating stwierdza, że mimo sceptycyzmu wobec decyzji USA o wycofaniu oddziałów i niepokoju związanego z możliwymi konsekwencjami (takimi jak zwiększona migracja do Europy) europejscy sojusznicy Stanów Zjednoczonych „byli bezradni”. „Po prostu czekali na instrukcje ze strony prezydenta Bidena, co mają robić”, uważa analityk. Jego zdaniem „to najbardziej dobitna ilustracja głównego problemu, z jakim mierzy się Organizacja Traktatu Północnoatlantyckiego”.

Uważa się, że ataki na USA we wrześniu 2001 r. doprowadziły do uruchomienia po raz pierwszy w historii procedury wynikającej z Artykułu 5. Traktatu Północnoatlantyckiego. Jak wskazuje Keating, powołanie się przez Amerykanów na tę klauzulę było „prawnie wątpliwe”, zważywszy, że atakującym nie było państwo trzecie, a organizacja terrorystyczna. Tym niemniej państwa poczuły się w obowiązku zastosować do przepisów traktatu. Z solidarności nie wyłamał się nawet Jacques Chicac. Jak wyjaśniał niedawno obecny francuski prezydent Emmanuel Macron, wychodzono wówczas z założenia, że Al-Kaida stanowi zagrożenie również dla Francji.

„Nie jest do końca prawdą, że wejście do Afganistanu było konsekwencją Artykułu 5 Traktatu Północnoatlantyckiego”, przypomina jednak dr hab. Marek Madej z Uniwersytetu Warszawskiego. Wskazuje on, że jesienią 2001 r. Amerykanie przeprowadzili samodzielną operację w Afganistanie, z pomocą wybranych sojuszników, ale nie przez struktury natowskie. NATO jako organizacja weszło do Afganistanu formalnie dopiero w 2003 r., przejmując dowództwo w ISAF. „Misja ta była jednak potem traktowana jako swoisty test solidarności sojuszniczej, dlatego państwa czuły się zobowiązane do zaangażowania w tę operację”, mówi ekspert.

Zdaniem Keatinga zaskakujące jest, że Europejczycy bez większych dyskusji zgodzili się na wejście do Afganistanu. „Analizując przekaz medialny z tamtego czasu, trudno znaleźć krytyczne wypowiedzi europejskich polityków wobec zmiany celów misji”. Jednak „kiedy w 2001 i 2002 r. podejmowano decyzje (co do Afganistanu – red.)”, Stany trzymały się hipernacjonalistycznej postawy na zasadzie <<z nami albo przeciwko nam>>”, zaznacza amerykański dziennikarz, oceniając, że europejscy sojusznicy nie widzieli innego wyboru, jak tylko przyłączyć się do misji.

„Paradoks polega jednak na tym, że początkowo to Europejczycy w większym stopniu niż Amerykanie nalegali na zaangażowanie NATO w Afganistanie. Ameryce zależało wówczas bardziej na działaniach w Iraku, dla których nie znaleźli poparcia całego Sojuszu. W konsekwencji zdecydowano, że to NATO zajmie się odbudową Afganistanu”, zwraca uwagę Marek Madej.

„Dlatego można powiedzieć, że przynajmniej początkowo misja NATO w Afganistanie była inicjatywą mniej Waszyngtonu, a bardziej Europy. Dopiero w 2006 r. doszło do połączenia misji USA i NATO w Afganistanie i dopiero wówczas Amerykanie przejęli dowodzenie”, wskazuje.

Dzięki współpracy z Afganistanem Chiny zdystansują USA i Europę? „Talibowie mają dostęp do jednego z najważniejszych minerałów na świecie"

W 2010 r. ujawniono, że na terenie Afganistanu znajdują się złoża mineralne o wartości prawie 1 biliona dolarów.

Czy Europa powinna była zgodzić się na wyjście z Afganistanu?

Głównym celem ISAF stało się utrzymanie pokoju w Afganistanie. Tego, jak pokazało szybkie przejęcie kraju przez talibów, na dłuższą metę nie udało się zrealizować. Dziś zarówno Joe Biden, jak i Emmanuel Macron w odpowiedzi na zarzuty twierdzą, że celem obecności USA i Europy w regionie nigdy nie było „zbudowanie” państwa afgańskiego (ang. „nation-building”). Dużo bardziej krytyczna jest kanclerz Niemiec Angela Merkel, która przyznała ostatnio, że „wszystko, co miało miejsce po (w Afganistanie po eliminacji Al-Kaidy – red.) okazało się porażką i nie udało się w taki sposób, jak planowaliśmy”.

Zdaniem byłego sekretarza generalnego NATO George’a Robertsona jednostronna decyzja USA o wycofaniu się z Afganistanu „przyczynia się do osłabienia Sojuszu”, gdyż stanowi pogwałcenie sojuszniczej zasady „razem wchodzimy, razem wychodzimy”.

“To prawda, że wyprowadzenie amerykańskich sił z Afganistanu było decyzją jednostronną, podjętą bez poważnych konsultacji z sojusznikami. Dziś europejscy przywódcy zastanawiają się nad słusznością tego kroku i nad tym, czy NATO nie powinno w Afganistanie pozostać dłużej”, przyznaje Marek Madej.

„Tyle że Europejczycy już dawno niemal wycofali się z Afganistanu. Pozostały jedynie niewielkie kontyngenty”, podkreśla nasz rozmówca. „Nie powinniśmy więc dziwić się, że ostatecznie o opuszczeniu regionu Amerykanie zadecydowali sami. Problem w tym, że misja w Afganistanie okazała się porażką, za którą dziś nikt nie chce brać odpowiedzialności”, dodaje.

„Jeśli chodzi o misję w Afganistanie, to należy pamiętać, że rozpoczęły ją Stany Zjednoczone, dlatego to Waszyngton miał prawo inicjatywy w tej sprawie”, zwraca uwagę były minister spraw zagranicznych i obrony, eurodeputowany PO Radosław Sikorski.

O ile choćby w Niemczech nie było większego sprzeciwu wobec decyzji o wycofaniu oddziałów, to bardziej krytyczna była Wielka Brytania. Minister obrony Ben Wallace twierdzi, że na czerwcowym szczycie NATO wskazywał na opuszczenie Afganistanu jako na „błąd” Sojuszu, którego „konsekwencje poniesie zapewne cała społeczność międzynarodowa”.

„Brytyjczycy mają za złe Waszyngtonowi, że jako państwo utrzymujące w swojej opinii <<specjalne relacje>> („special relationship” – red.) ze Stanami Zjednoczonymi nie zostali wcześniej poinformowani o decyzji w sprawie wycofania wojsk”, wyjaśnia Sikorski.

Ostatni żołnierze USA opuścili Afganistan. To koniec najdłuższej misji zagranicznej zrealizowanej przez NATO

Talibowie ogłosili zaś „niepodległość”, a ONZ wezwał ich, aby dalej umożliwiali swobodne opuszczanie kraju.

„Kwestia afgańska” osłabi lub zrujnuje NATO?

Czy afgańska porażka osłabi Sojusz Północnoatlantycki lub nawet spowoduje swego rodzaju kryzys egzystencjalny NATO? Marek Madej uważa, że to akurat Sojuszowi nie grozi. Przypomina on, że NATO jest sojuszem przede wszystkim obronnym – jego głównym zadaniem jest obrona państw członkowskich, a nie zagraniczne misje.

„Doświadczenie Afganistanu pokazało ograniczoną skuteczność NATO w misjach stabilizacyjnych poza granicami państw członkowskich, które Sojusz prowadzi od lat 90. wieku. I w tym sensie jest to doświadczenie złe”, przyznaje ekspert z UW. „Afganistan ukazał problemy NATO ze współpracą między sojusznikami i z ich zaangażowaniem w realizację ustalonych celów. Porażka w Afganistanie nie wpływa też pozytywnie na wiarygodność NATO jako organizacji”, dodaje.

„Nie oznacza to jednak, że Sojusz nie jest zdolny obronić terytorium państw członkowskich, a właśnie na tym od 2014 r. NATO koncentruje się w największym stopniu. Dlatego nieudana misja w Afganistanie nie zwiastuje żadnego kryzysu egzystencjalnego w NATO”, uważa.

Z militarnego punktu widzenia przegrana sprawa afgańska nie doprowadzi więc do upadku NATO, ale co mówi ona o układzie sił w Sojuszu? Zdaniem Dave’a Keatinga wydarzenia ostatnich miesięcy pokazały poważną dysfunkcję NATO: całkowite uzależnienie od USA. Okazało się, że bez pomocy Stanów Zjednoczonych państwa europejskie nie są w stanie przeprowadzić poza swoimi granicami nawet niedużej w skali misji stabilizacyjnej. Dziennikarz uważa, że Afganistan ukazał NATO jako sojusz wojskowy w całości podporządkowany Waszyngtonowi, w którym Europejczycy nie mają ani prawa głosu, ani zdolności do niezależnego działania.

„<<Przewodnia>> rola Stanów Zjednoczonych w NATO nie podlega dyskusji. Szczególnie poza terytorium macierzystym Sojuszu bez USA i amerykańskich zdolności, między innymi logistycznych i zwiadowczych, europejskie państwa członkowskie NATO nie są w stanie działać samodzielnie”, mówi Radosław Sikorski.

Jaka lekcja dla NATO po Afganistanie?

„Nigdy więcej Afganistanu” – tak według Marka Madeja brzmi główny wniosek, jaki NATO wyciągnie po afgańskiej porażce. Jak wskazuje badacz, już na początku poprzedniej dekady NATO postanowiło odstąpić w tak złożone misje stabilizacyjne, odbudowy czy tez przebudowy całych państw i wprowadzania demokracji.

„NATO nie zrezygnuje z operacji stabilizacyjnych poza granicami Sojuszu, ale nie będzie już włączać się w tak duże operacje, które okazują się niewykonalne”, uważa Madej. Jego zdaniem oświadczenie Afganistanu schłodzi też zapewne entuzjazm Sojuszu wobec misji szkoleniowych. „Idea wyszkolenia lokalnych sił do stawiania czoła zagrożeniom w praktyce okazuje się nie przynosić oczekiwanych rezultatów”, podkreśla nasz rozmówca.

W jego opinii NATO będzie więc od tej pory angażować się raczej w operacje “punktowe”, o niewielkiej skali, które są z perspektywy Sojuszu najmniej ryzykowne, ale często nie rozwiązują problemu całościowo, ale tylko pewne jego przejawy  – na przykład „karne ekspedycje”, mające na celu zniszczenie komórki terrorystycznej, zagrażającej państwom Sojuszu. NATO w większym stopniu będzie też zapewne polegać na siłach lokalnych, ale nie samodzielnie wyszkolonych, tylko na państwach danego regionu.

A co z równowagą sił w stosunkach transatlantyckich? Dave Keating proponuje kilka rozwiązań obecnej sytuacji – przy czym wszystkie mają dość radykalny charakter. Jedną z opcji jest zastąpienie NATO sojuszem stricte europejskim, bez USA czy Kanady, a nawet bez Turcji. Drugą jest stworzenie dodatkowych struktur wewnątrz NATO, obejmujących państwa UE i ewentualnie niektóre państwa europejskie spoza Unii (w tym Wielką Brytanię).

Najbardziej radykalną możliwością, o jakiej wspomina Keating, byłoby rozwiązanie NATO – o czym jednak nikt poważnie nie myśli, choćby dlatego, że oznaczałoby to zmarnowanie dekad sukcesów i wysiłków, które pozwoliły na ugruntowanie pozycji NATO jako najsilniejszego sojuszu wojskowego świata. My, Polacy, możemy natomiast dodać, że taki krok równałby się wyeliminowaniu organizacji, która w dużym stopniu stanowi gwarancję naszego bezpieczeństwa – a to w obliczu zaostrzonych w ciągu ostatniej dekady relacji z Rosją i coraz bardziej agresywnych działań Moskwy, co możemy zaobserwować chociażby na Ukrainie, jest nie do przecenienia.