Koronawirus: Po zamknięciu granic Polacy wracają do kraju

źródło: Unsplash, fot. Xyron Parapara

Od soboty polskie granice pozostają zamknięte dla cudzoziemców nieposiadających w Polsce zezwolenia na pobyt stały lub czasowy, niepracujących u nas na stałe lub mających tu najbliższą rodzinę. Ponieważ zlikwidowano międzynarodowe połączenie kolejowe i lotnicze, Polacy wracają do kraju różnymi drogami.

 

Po ogłoszeniu informacji o zamknięciu granic polski rząd szacował, że chęć szybkiego powrotu do Polski wyrazi od 200 tys. do nawet 0,5 mln Polaków. Część z nich przebywa na zorganizowanych wyjazdach wypoczynkowych i za ich sprowadzenie odpowiadają organizatorzy wyjazdu. W większości przypadków mogą oni spokojnie dokończyć swój pobyt i wrócić zaplanowanym wcześniej lotem czarterowym.

Jak skorzystać z programu „LotDoDomu”

Duży problem mają jednak osoby, które same wykupiły bilety lotnicze lub planowały powrót dalekobieżnym, międzynarodowym pociągiem. Takie połączenia zostały odwołane. Dlatego polski rząd uruchomił program „LotDoDomu” i wspólnie z PLL LOT sprowadza Polaków do kraju specjalnymi lotami czarterowymi.

Są one organizowane w miarę zgłaszania się osób, które chcą wrócić do Polski oraz w miarę możliwości narodowego przewoźnika. Cena takiego biletu waha się od 400 do 800 złotych za lot z Europy oraz od 1,6 tys. do 2,4 tys. złotych za lot spoza Starego Kontynentu. Resztę kosztów przelotów ma pokryć budżet państwa.

Koronawirus: Sytuacja w Polsce, Europie i na świecie – AKTUALIZACJA

Najnowsze informacje na temat pandemii koronawirusa w Polsce, Europie i na świecie – TEKST NA BIEŻĄCO AKTUALIZOWANY

Na specjalnej stronie LOT-u można znaleźć informacje o kolejno organizowanych lotach. Dziś (16 marca) zaplanowano rejsy z Larnaki (Cypr), Tbilisi (Gruzja), z Malty, z Londynu-Heathrow, z Londynu-City, z Dublina, z Barcelony, z Reykjaviku, z Ammanu (Jordania) oraz ze Stambułu.

Na jutro (17 marca) planowane są zaś loty z Londynu, Malty, Tbilisi, Larnaki, Dublina, Malagi, Chicago oraz Kolombo (Sri Lanka). W środę (18 marca) polskie samoloty wystartują z Delhi, Bangkoku, Nowego Jorku oraz Toronto. W czwartek (19 marca) zaplanowane już są loty z Chicago, Nowego Jorku, Hanoi (Wietnam) oraz Phuket (Tajlandia). W piątek (20 marca) potwierdzono już zaś loty z Nowego Jorku oraz z Bangkoku, ale ten ostatni rejs ze stolicy Tajlandii jest już oznaczony jako „wyprzedany”.

Nie jest możliwa odprawa na te loty on-line, należy wszelkich formalności dopełnić na lotnisku.

Do Polski wróciły też już pierwsze samoloty zorganizowane w ramach programu „LotDoDomu”. W niedzielę przyleciały samoloty z Londynu, Chicago, Toronto i Nowego Jorku. Wiceminister spraw zagranicznych Marcin Przydacz zapewnił dziś w TVN24, że program ściągania Polaków do kraju będzie prowadzony „do odwołania”. Obecnie zgłosiło się już do udziału w programie ponad 18 tys. osób.

„Ta liczba rośnie i nie jest ostateczna. Każdej godziny napływają do nas informacje o tysiącach Polaków gotowych do powrotu i chcących wrócić do kraju z zagranicy” – mówił wiceminister Przydacz. Dodał, że „operacja trwa do momentu, kiedy zniknie konieczność powrotów Polaków w trybie alarmowym” oraz, że „nie ma żadnej daty granicznej, działamy dopóki będzie potrzeba”. Zaapelował też do wszystkich, aby odwołali swoje zaplanowane podróże zagraniczne.

Każda osoba, która wróciła do Polski w sobotę (14 marca) po północy, musi się obowiązkowo udać do własnego domu na 14-dniową kwarantannę. Takie osoby są kontrolowane przez policję czy nie opuszczają miejsca, jakie zgłosili jako miejsce odbywania kwarantanny.

Utknąłeś zagranicą? Oto co musisz wiedzieć

Rządowy program „Lot do domu” umożliwi powrót do kraju Polakom, którzy z powodu zawieszenia międzynarodowego ruchu lotniczego mają z tym olbrzymie trudności – zapewnił w sobotę premier Mateusz Morawiecki. 

Samodzielne powroty Polaków

Wielu Polaków nie czekało jednak na organizowane przez rząd oraz PLL LOT połączenia tylko samodzielnie ruszyło lądowo do Polski, a jeśli byli poza Europą, to przebookowywali bilety na połączenia do krajów sąsiadujących z Polską. Najczęściej do Niemiec, które wciąż utrzymują w pełni otwartą granicę z Polską, a zamknęły ją na razie z Francja, Szwajcarią oraz Austrią.

Stamtąd do Polski udawali się już autobusami bądź samochodami. Przed przejściami granicznymi z Polską, ale jeszcze na terenie Niemiec (np. przed przejściem w Jędrzychowicach) szybko utworzyły się więc wielokilometrowe korki. Stały tam nie tylko samochody na polskich numerach, ale także na litewskich i ukraińskich. Część ludzi wysiadała więc z autobusów i kierowała się ku pieszym przejściom granicznym. Wielu z nich było już w wielogodzinnej podróży.

Polka Iwona Ciećwierz opowiada EURACTIV.pl, że jej podróż z Nairobi w Kenii trwała 44 godziny. Normalnie byłaby o ponad 30 godzin krótsza. „Do Kenii pojechałam odwiedzić mieszkającą tam koleżankę. Bilety kupiłam sama na zwykły rejsowy samolot. Kiedy wylatywałam sytuacja epidemiologiczna w Europie nie wyglądała na tak poważną. Długo nie miałam też dostępu do internetu. Kiedy w piątek wróciłam z wycieczki po buszu chciałam sprawdzić kilka rzeczy i okazało się, że mój lot z Nairobi do Frankfurtu pozostaje w rozkładzie, ale ten z Frankfurtu do Warszawy jest już odwołany. Myślałam, że sprawa skończy się tym, że przewiozą nas autobusem z Frankfurtu do Warszawy” – opowiada.

Ale kłopoty zaczęły się już w Nairobi. „Kiedy zobaczyli, że jestem z Polski, to zgłupieli. Nie wiedzieli jak nadać mój bagaż. Gdybyśmy nie mieli bagażu, to pewnie nie wiedzieliby też, że lot do Warszawy został skasowany. To małe lotnisko, ale pełne ludzi z całego świata. Aczkolwiek obsługa starała się bardzo. Spokojnie ogarniali wszystko. Dopiero w Europie personel lotniska we Frankfurcie była już zdenerwowany. Wszędzie stały udostępnione za darmo płyny do dezynfekcji. Mierzono nam kilka razy temperaturę. Jeszcze w Nairobi poznałam chłopaka z Polski, który był w takiej samej sytuacji jak ja. Odtąd podróżowaliśmy razem” – mówi Iwona Ciećwierz.

We Frankfurcie pani Iwona była o 5:00 rano w niedzielę (15 marca). Na wyświetlaczach lot do Warszawy jeszcze widniał, ale okazało się, że naprawdę jest odwołany. Okazało się też, że opiekę na pasażerami Lufthansy lecącymi do Polski przejmuje linia KLM. A pani Iwona i jej towarzysz mogą polecieć do… Amsterdamu. „Podążaliśmy de facto tak, jak nasz nadany bagaż. Dzięki naklejce bagażowej na karcie pokładowej okazało się, że polecimy nie do Polski, a do Holandii. A tam, o dziwo, nie było żadnych kontroli temperatury, a płyny dezynfekujące były porozstawiane tylko w łazienkach. Odesłano nas do stanowiska KLM gdzie wraz z grupą kilkudziesięciu osób czekaliśmy 2 godziny. To byli w większości Polacy, część z dziećmi. Obsługa KLM bardzo się starała. Rozdawali wodę, talony na jedzenie. Ale nie było wiadomo, gdzie polecimy” – relacjonuje Polka.

Wreszcie okazało się, że Polacy z amsterdamskiego lotniska polecą… znowu do Niemiec, ale tym razem do Berlina. Stamtąd będzie dla nich zorganizowany transport autobusowy do kraju. „W Amsterdamie trochę już byłam zdenerwowana. Byłam od domu dalej niż z Frankfurtu. Dowiedzieliśmy się też, że rząd organizuje loty czarterowe dla Polaków. Ale nie było na razie planów, aby je zorganizować z Amsterdamu czy Frankfurtu. Zresztą te loty są dość drogie. Dla mnie, podróżującej samotnie to by było może jeszcze do przełknięcia, ale czteroosobowa rodzina z dziećmi stanęła w obliczu kilkutysięcznego wydatku. To było nierzadko więcej niż zapłacili za całe swoje wakacje” – mówi pani Iwona.

Jak się okazało, w Berlinie na Polaków czekała już lotniskowa obsługa. Była też wśród nich osoba mówiąca po polsku, co okazało się bardzo pomocne. Doleciały również bagaże z Nairobi. Część Polaków wynajęła wspólnie autokar, który przyjechał po nich z Polski. „My wsiedliśmy w ten, który zapewniała nam linia lotnicza. Okazało się jednak, że nas zawiozą tylko do granicy. Do Słubic. A dalej musimy sobie radzić sami. Autobus był bowiem niemiecki. W Słubicach wysiedliśmy przy moście granicznym. Przeszliśmy granicę na piechotę. Sprawdzono nam znowu temperaturę, wypełniliśmy druki. Byłam tak zmęczona, że nie pamiętam nawet czy sprawdzano mój paszport. Chcieliśmy złapać ostatni pociąg z Rzepina do Warszawy. Było tuż przed północą. Wezwaliśmy taksówkę, ale nie zdążyliśmy. Znaleźliśmy więc hotel i wynajęliśmy sobie 2 pokoje” – opowiada Iwona Ciećwierz.

Nerwy w pociągu

W nocy obudził ich hałas. Okazało się, że trwała w hotelu dezynfekcja. „Rano bez śniadania popędziliśmy na dworzec, żeby złapać pociąg do Warszawy. Okazało się, że pociąg, który normalnie jechałby z Berlina został odwołany. Ale dzięki pomocy jednej z mieszkanek znaleźliśmy inny pociąg. Kasy biletowe były jednak zamknięte. Wsiedliśmy do pociągu bez biletów chcąc je kupić u konduktora. Na dworcu było więcej osób, które wróciły właśnie z zagranicy. Pociąg był na to zupełnie nieprzygotowany. Zajęliśmy więc jeden przedział i wywiesiliśmy kartkę z napisem >>kwarantanna<<. Nie chcieliśmy dla bezpieczeństwa wejść w kontakt z innymi pasażerami. Pani konduktor mocno się wystraszyła. Wezwała kierownika pociągu. W Zbąszynku pociąg się zatrzymał na 1,5 h. Zjawiła się Straż Ochrony Kolei. Ale kiedy się okazało, że po prostu wróciliśmy z zagranicy, ale nie ma żadnego podejrzenia, że jesteśmy zarażeni, wszyscy się uspokoili. Widać było jak z ich twarzy schodzi napięcie” – relacjonuje wracająca z Kenii Polka.

Ostatecznie pasażerów, którzy przekroczyli granicę zebrano w jednym wagonie. Pani Iwonie i jej towarzyszowi pozwolono zostać w ich przedziale. „Znów nam dano do wypełnienia deklaracje o kwarantannie. Co ciekawe pani konduktor przyniosła je w maseczce higienicznej, ale zebrała już bez niej. W połowie dnia w poniedziałek dojechaliśmy do Warszawy. Rozstaliśmy się na Dworcu Zachodnim i umówiliśmy, że się zdzwonimy za 2 tygodnie. Już po kwarantannie. Biletów nikt nam w końcu nie sprzedał. Podróż odbyliśmy za darmo” – mówi pani Iwona.

Jak dodaje, choć w podróży było wiele nerwów, to większość ludzi była spokojna i pomocna. „Polacy, jakich spotkałam w podróży, zachowywali się spokojnie i przestrzegali procedur. Jestem zbudowana naszą postawą” – kończy opowieść, choć dodaje, że nikt pracowników kolei nie przygotował do poradzenia sobie z sytuacją, w której wiele osób będzie od granicy z Niemcami wracać do swoich miasta pociągiem. „Wywiesiliśmy kartkę w przedziale, bo nie chcieliśmy nikogo narażać nawet czysto teoretycznie. A od jednego z SOK-istów usłyszeliśmy, że >>gdybyśmy się nie przyznali, to szybciej bylibyśmy na miejscu<<. Ale to mógł być też żart. Byłam zbyt zmęczona, żeby to ocenić” – kończy swoją opowieść.

Dworczyk: Od dziś zawieszenie lotów wewnątrzkrajowych

Szef KPRM Michał Dworczyk powiedział, że premier podjął decyzję o zawieszeniu lotów krajowych. Jednocześnie z godziny na godzinę wzrasta liczba Polaków, którzy zadeklarowali chęć powrotu do kraju.

 

 

Decyzja premiera Mateusza Morawieckiego czeka na potwierdzenie podczas poniedziałkowego spotkania zespołu zarządzania kryzysowego. Szef …