Japonia nie potępi razem z USA chińskiej ustawy dot. Hongkongu. Dlaczego Japonia „gra na dwa fronty”?

Premier Japonii Shinzo Abe, fot. Prime Minister's Office of Japan [Twitter]

Premier Japonii Shinzo Abe, fot. Prime Minister's Office of Japan [Twitter]

Japonia nie zdecydowała się podpisać pod wspólnym stanowiskiem USA, Kanady, Australii oraz Wielkiej Brytanii, w którym potępiają one nową chińską ustawę dotyczącą Hongkongu.

 

Japonia nie wesprze sojuszników

Według informacji japońskiej agencji informacyjnej Kyodo, rząd premiera Shinzo Abe nie ma zamiaru zabrać głosu w sprawie Hongkongu wspólnie z zachodnimi sojusznikami. 28 maja wystąpili oni ze wspólnym oświadczeniem, w którym potępili władze Chin za uchwalenie nowej ustawy o bezpieczeństwie narodowym.

Ustawa przewiduje m.in. zakaz secesji oraz innych aktów, które chińskie władze uznają za zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Ponadto na terenie Hongkongu ma istnieć możliwość stacjonowania chińskich agencji wywiadowczych.

Zaraz po uchwaleniu ustawy Japonia przekazała, że jest „poważnie zaniepokojona” rozwojem sytuacji, jednak nie zdecydowała się na dalsze kroki. Zdaniem agencji Kyodo, Amerykanie, którzy nakłaniali Tokio do podpisana dokumentu, nie spodziewali się takiej reakcji.

Japonia – mimo że jest sojusznikiem USA – w ostatnim czasie nie występowała otwarcie przeciwko Chinom. Z jednej strony w maju i kwietniu ogłosiła pakiet stymulacyjny dla gospodarki w łącznej wysokości ponad 1 bln dolarów, który ma m.in. pomóc japońskim firmom skrócić łańcuchy dostaw i przenieść produkcję z Chin do Japonii. Z drugiej jednak nie podpisała się pod wspólnym oświadczeniem dotyczącym sytuacji w Hongkongu, a dodatkowo w tym roku Japonię ma odwiedzić chiński przywódca Xi Jinping.

Ostatnim chińskim przywódcą, który odwiedził Japonię, był Hu Jintao w 2008 r.

Dlaczego Japonia „gra na dwa fronty”?

Po pierwsze, japońska gospodarka jest mocno powiązana z chińską. Chiny to największy eksporter dóbr eksportowanych przez Japonię (w 2019 r. było to 139 mld dolarów), a w ostatnim czasie wyprzedziły w tym rankingu Stany Zjednoczone.

Ponadto, od czasu gdy Stany Zjednoczone wycofały się w 2017 r. z TPP (Trans-Pacific Partnership; wielostronna umowa handlowa, którą USA miały podpisać z państwami azjatyckimi), Chiny sondowały możliwość podpisania umowy o wolnym handlu zarówno z Japonią, jak z Koreą Południową. Z perspektywy Pekinu korzystną okolicznością jest więc spór o historię między oboma potencjalnymi partnerami, bowiem dało mu to okazję do zaoferowania swoich usług jako mediatora. W ubiegłym roku premier Abe oraz prezydent Korei Płd. Moon Jae-in przybyli więc do Pekinu, a w kwietniu tego roku Xi Jinping miał przylecieć do Tokio. Z powodu pandemii koronawirusa wizyta została jednak przełożona.

Rozmawiając z Chinami, Japonia nie opowiada się przeciwko USA (choć tak bywa to odczytywane w Waszyngtonie) – wręcz przeciwnie: nadal pozostaje sojusznikiem Amerykanów – ale podobnie jak Niemcy w Europie jak najdłużej woli nie opowiadać się kategorycznie po jednej ze stron tego, co chiński minister spraw zagranicznych Wang Yi nazwał sytuacją „na krawędzi zimnej wojny między USA i Chinami”.

W końcu, mimo że w optyce japońskiej negocjacje i rozmowy z Chinami nie wykluczają sojuszniczych relacji z Waszyngtonem, to Japonia za czasów prezydentury Donalda Trumpa nie zawsze była traktowana przez USA tak, jak tego chciała. Japońscy politycy mieli pretensje do Amerykanów m.in. o to, że nie wystarczająco konsultowali z nimi swoje posunięcia względem Korei Północnej, którą Tokio uważa za zagrożenie dla stabilności regionu. Pretensje dotyczyły również stwierdzeń Trumpa, że Japonia powinna płacić dużo więcej za stacjonowanie wojsk amerykańskich na swoim terytorium.

Dlatego też brak poparcia dla amerykańskiej deklaracji przeciwko nowej ustawie ws. Hongkongu jest świadomym ruchem ze strony Japonii, dzięki któremu będzie mogło dojść do wizyty Xi Jinpinga w Tokio.