OPINIA: Kto nam sfinansuje atom?

DISCLAIMER: Stwierdzenia i opinie zawarte w tym artykule odzwierciedlają poglądy autora i nie przedstawiają stanowiska redakcji EURACTIV.pl

Analiza zamieszczona poniżej przedstawia opinie autora i redakcja EurActiv.pl nie ponosi za nie odpowiedzialności.

Pierwszy krok do budowy – przyjęcie PPEJ

"Program polskiej energetyki jądrowej" (PPEJ), przygotowany w Ministerstwie Gospodarki przez pełnomocnika rządu ds. energetyki jądrowej, został przyjęty w formie uchwały przez Radę Ministrów 28 stycznia 2014 roku. W dokumencie opisano wszystkie prace, które trzeba wykonać przed rozpoczęciem budowy, np. stworzenie odpowiednich ram prawnych czy przygotowanie infrastruktury, oraz przedstawiono harmonogram budowy siłowni.

Lokalizację pierwszej elektrowni jądrowej powinniśmy poznać pod koniec 2016 roku. W ciągu najbliższych trzech lat dokonany zostanie też wybór technologii. Prace budowlane zaś powinny rozpocząć się za pięć lat, w 2019 roku. Pierwszy blok uruchomiony ma być w 2024 roku. Budowa pierwszej elektrowni jądrowej według planu zakończy się w 2030 roku, druga siłownia zacznie działać pięć lat później.

PPEJ określa również, kto pierwszą elektrownię atomową wybuduje. Pomimo jasnego wskazania, że za tę inwestycję odpowiedzialna będzie Polska Grupa Energetyczna SA (PGE), wciąż nie jest pewne, kto tak naprawdę ją sfinansuje. Dopiero teraz przeprowadzane będą analizy potencjalnego systemu wsparcia dla budowy i eksploatacji elektrowni jądrowej w Polsce. Ministerstwo Gospodarki szacuje, że całkowity koszt budowy jednej elektrowni, wraz z przygotowaniem terenu i zapewnieniem odpowiedniej infrastruktury, wyniesie nawet 60 mld zł. Skąd wziąć taką kwotę?

Partnerstwo z innymi koncernami

"Zazwyczaj pierwszym krokiem inwestorów jest szukanie partnerów skłonnych zainwestować w projekt, co pozwala na utworzenie silniejszej kapitałowo grupy do realizacji projektu" –czytamy w rozdziale 7. PPEJ "Koszty realizacji i źródła finansowania programu polskiej energetyki jądrowej". Aby zapewnić sobie potrzebny kapitał, PGE jeszcze w 2012 roku rozpoczęła rozmowy z Tauronem, Eneą i KGHM w sprawie ich finansowego zaangażowania w budowę. Umowę dotyczącą nabycia udziałów w PGE EJ1, spółce zależnej od Polskiej Grupy Energetycznej, odpowiedzialnej za przygotowanie procesu inwestycyjnego oraz budowę pierwszej elektrowni jądrowej w Polsce, strony parafowały 23 września 2013 roku.

Pół roku temu zakładano, że każdy ze wspólników posiadać będzie 10% udziałów w kapitale zakładowym spółki, a w rękach PGE pozostanie 70%. Postawiono jednak dwa warunki. Stanie się tak, gdy rząd w formie uchwały przyjmie "Program polskiej energetyki jądrowej" (co miało miejsce w styczniu), a prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta udzieli bezwarunkowej zgody na nabycie udziałów i taką koncentrację kapitału czterech firm kontrolowanych przez rząd (na co PGE wciąż czeka).

Czy wsparcie finansowe trzech koncernów wystarczy, aby zacząć w Polsce pozyskiwać energię z atomu? Zapewne nie, poza tym PGE chyba wolałaby inne rozwiązanie. – Docelowo chcemy być samodzielnym operatorem elektrowni jądrowej – potwierdził 6 lutego br. na posiedzeniu komisji sejmowej ds. energetyki wiceprezes spółki Dariusz Marzec. W związku z tym rozważane są jeszcze inne partnerstwa.

Wkład dostawcy technologii

"Niektórzy sprzedawcy technologii, celem zwiększenia szans realizacji projektu, są skłonni proponować nabycie udziałów w budowanym obiekcie" – PPEJ wskazuje kolejny sposób na pozyskanie środków finansowych niezbędnych do budowy elektrowni. Dalej w dokumencie czytamy, że "ścieżka ta stanowi korzystną formułę ograniczenia ryzyka związanego z budową. W tym przypadku dostawca ma szczególny interes w zakresie terminowej realizacji projektu i jego kosztach finansowych. Pierwszy przykład takiego partnerstwa w Europie pojawił się w 2012 r. przy realizacji projektu litewskiej elektrowni jądrowej Visaginas".

Jak w rzeczywistości takie rozwiązanie się sprawdza, trudno powiedzieć. Przywołany w PPEJ przykład Visaginas nie jest bowiem najlepszy. Litwini są na podobnym etapie budowy elektrowni atomowej w pobliżu miejscowości Wisaginia, co my. Ma ona zacząć działać dopiero około 2025 roku.

Kontrakt z energochłonnym przemysłem

Inwestor może również próbować pozyskać fundusze od przedstawicieli przemysłu. Mogłoby odbywać się to tak, jak w Finlandii: spółki zapewniają kapitał, a później, gdy siłownia zacznie działać, mają prawo do zakupu energii po cenach jej wytworzenia. Wielkość przysługujących im dostaw zależy od początkowego wkładu.

"Fiński model jest nie do powtórzenia w Polsce, zresztą nie tylko u nas" – oceniają Justyna Piszczatowska i Rafał Zasuń, dziennikarze portalu wysokienapiecie.pl. Kilkadziesiąt firm, głównie fabryk, które założyły tam spółkę, żeby wybudować elektrownię Hanhikivi, być może już wkrótce potrzebować będzie pomocy publicznej. Pomoc nie będzie mogła być udzielona przez państwo fińskie. Ze wsparciem za to może pospieszyć Rosja, która nie skąpi pieniędzy na projekty zagraniczne Rosatomu – czytamy na wysokienapiecie.pl. To właśnie Rosatom dostarczy reaktor do Hanhikivi.

Jednak wsparcie państwa?

Poprzedni prezes zarządu spółki PGE Krzysztof Kilian w zeszłym roku, na kilka miesięcy przez zakończeniem rozmów z Eneą, KGHM i Tauronem, apelował, aby to właśnie polskie państwo wsparło projekt atomowy. Z punktu widzenia inwestora byłoby to najlepszą gwarancją powodzenia przedsięwzięcia. Z pomocą publiczną jest jednak pewien problem.

"Możliwość zastosowania tego instrumentu w obecnych warunkach udzielania pomocy publicznej w UE jest wprawdzie ograniczona" – przyznaje samo Ministerstwo Gospodarki w 7. rozdziale PPEJ. Jednocześnie jednak takiego wsparcia nie wyklucza: "Z uwagi na kontekst szczególnych ram prawnych dla inwestycji w energetykę jądrową w UE, w dalszym ciągu wymaga ona przeanalizowania".

W przyjętym dokumencie mówi się ogólnikowo o "pewnych formach kontraktów długoterminowych". Ich uzasadnieniem miałby być "wynikający z prawodawstwa europejskiego obowiązek wspierania inwestycji w energetyce jądrowej (…). W tym kontekście możliwości uzyskania pomocy publicznej dla sektora energetyki jądrowej są znacznie większe niż ma to miejsce w przypadku innych gałęzi przemysłu, gdyż wszelkie formy pomocy publicznej dla sektora jądrowego należy w pierwszej kolejności rozpatrywać poprzez pryzmat przyczyniania się do realizacji traktatowych celów Wspólnoty EURATOM".

O ile, zdaniem PGE, wsparcie państwa jest pożądane i dlatego optowała za tym rozwiązaniem, o tyle zastanawiające jest to, że również pełnomocnik rządu ds. polskiej energetyki jądrowej w "Programie polskiej energetyki jądrowej" usilnie stara się przekonać, że to jak najbardziej możliwa i dopuszczalna prawnie pomoc. W PPEJ stwierdza się, że dotychczasowe wsparcie sektora jądrowego, nawet w przypadku uznania go za pomoc publiczną, nigdy nie zostało zakwestionowane.

To jednak już wkrótce może się zmienić. Komisja Europejska przygląda się właśnie propozycji kontraktu różnicowego, który miałby zabezpieczyć finansowo budowę elektrowni w Hinkley Point w Wielkiej Brytanii. Koszt dostarczenia 3,2 GW nowych mocy wyniesie tam 16 mld funtów. Te pieniądze gotowe jest wyłożyć francusko-chińskie konsorcjum pod przewodnictwem EDF oraz Arevy. W zamian wymaga jednak ustalenia gwarantowanej ceny, po której będzie mogło sprzedawać energię przez kolejne, długie 35 lat. Miałoby to być 92,5 funta (ok. 460 zł) za MWh (dla porównania cena energii elektrycznej na rynku hurtowym w Polsce wynosi znacznie poniżej 200 zł za MWh). Jeśli cena rynkowa energii w ciągu tych 35 lat osiągnęłaby poziom wyższy, niż ten określony w kontrakcie różnicowym, konsorcjum musiałoby zwracać państwu nadpłatę.

Nie wiadomo tylko, czy na taką pomoc państwa zgodzi się Komisja Europejska. Obecnie dokładnie analizuje ten przypadek. Z 70-stronicowego dokumentu opublikowanego w połowie grudnia ub.r. wynika, że raczej nie patrzy przychylnie. Ostateczna decyzja jednak jeszcze nie zapadła. PGE uważnie przygląda się, jak rozwinie się sytuacja i czy będzie mogła pójść tą samą drogą. Warto jednak pamiętać, że na korzyść wniosku Brytyjczyków przemawia realizowany przez ten kraj plan głębokiej redukcji emisji CO2 (o 80% do 2050 r.). Bez nowych elektrowni jądrowych celu tego nie uda się osiągnąć i Komisja może to wziąć pod uwagę w swoim orzeczeniu. Choć wcale to nie oznacza, że zgodzi się na podobne rozwiązanie w Polsce, która nie prowadzi tak ambitnej polityki ograniczania emisji CO2.

Decyzja, że budujemy w Polsce elektrownię atomową, w zasadzie zapadła. Ale nikt jeszcze nie wie za co. "To projekt czysto polityczny, który z ekonomicznego punktu widzenia nie ma uzasadnienia ze względu na koszty" – przekonywał kilka dni temu w rozmowie z "Dziennikiem Gazetą Prawną" prof. Władysław Mielczarski z Politechniki Łódzkiej. Tymczasem polski rząd tłumaczy się bezpieczeństwem energetycznym i koniecznością zapewnienia dostaw energii w przyszłości i najwyraźniej uważa, że pieniądze na inwestycje jakoś się znajdą.

Politycy w tej chwili zdają się nie zastanawiać, czy niepewność, skąd pochodzić będzie 40–60 mld zł, nie odbije się też przypadkiem na terminie realizacji przedsięwzięcia, ani co zrobimy, gdy w związku z tym koszty będą rosnąć. Czy stać nas na wariant fiński i sytuację z Olkiluoto, gdzie już pięć lat temu miał być uruchomiony trzeci reaktor? Obecnie nikt nie ryzykuje podania daty jego rozruchu, a koszt jego budowy wzrósł prawie trzykrotnie, z szacowanych 3 mld euro do 8,5 mld.