W skrócie:
Rozmowa z Adamem Czerniakiem, ekonomistą Invest-Banku oraz doktorantem SGH w Warszawie
- Czy umie Pan przewidzieć, co by było gdyby Polska znalazła się w kryzysie, dysponując już wspólną walutą? Czy przynależność do Europejskiej Unii Monetarnej uczyniłaby ją silniejszą i bardziej odporną na kryzysy?
- Silna deprecjacja złotego w 2009 r. przyczyniła się do ograniczenia niekorzystnego wpływu globalnego spowolnienia gospodarczego na polską gospodarkę. Dobrym przykładem jest w tej sytuacji inny kraj Grupy Wyszehradzkiej – Słowacja, która znalazła się w kryzysie, posługując się wspólną walutą i gdzie spadek PKB w ujęciu realnym wyniósł w 2009 r. aż 7,8%. W tym samym czasie w Polsce wzrost PKB wyniósł 1,7% (rok do roku). Z pewnością spadek ten w przypadku Słowacji mógłby zostać ograniczony, gdyby kraj ten posługiwał się własną walutą, a jej wartość uległaby w trakcie kryzysu obniżeniu. Nie spodziewałbym się jednak, że gdyby Słowacy w dalszym ciągu posługiwali się koroną słowacką, to kraj ten uniknąłby recesji. Jest to związane przede wszystkim ze znacznie większą otwartością gospodarki Słowacji niż Polski oraz bardzo silnym uzależnieniem słowackiego przemysłu od rynku motoryzacyjnego, który poza rynkiem mieszkaniowym najsilniej ucierpiał na globalnym kryzysie gospodarczym.
Przyjęcie przez Polskę euro oznaczać będzie nie tylko wyeliminowanie zmian kursu walutowego, ale przede wszystkim dostęp do europejskiego rynku pieniądza. Gdyby w czasie globalnego kryzysu finansowego i związanego z tym znaczącego wzrostu awersji do ryzyka Polska była członkiem strefy euro, znacząco obniżyłoby to koszty pozyskania pieniądza na rynku. Pomiędzy wrześniem 2008 r. a marcem 2009 r. różnica pomiędzy rentownościami polskich i niemieckich obligacji skarbowych, obrazująca różnice w kosztach finansowania długu publicznego, wzrosła z 2,0% do 4,1%. Gdyby w tym okresie Polska przynależała do strefy euro wzrost ten byłby znacznie mniejszy, co ułatwiłoby finansowanie deficytu finansów publicznych. Ponadto niższy koszt pozyskania pieniądza na rynkach finansowych przekłada się pośrednio na niższe i mniej zmienne oprocentowanie kredytów hipotecznych, co z kolei jest bardzo korzystne z punktu widzenia kredytobiorców.
- Jak – i na kiedy – ocenia Pan perspektywy wejścia Polski do ERM II i do strefy euro?
- W tej chwili najważniejszym celem polityki gospodarczej w Polsce jest wyjście ze spowolnienia gospodarczego i osiągnięcie wzrostu PKB na poziomie zgodnym z potencjałem, czyli ok. 5% przy jednoczesnym stopniowym obniżaniu nadmiernego deficytu budżetowego do bezpiecznego poziomu.
Moim zdaniem jest to możliwe do osiągnięcia na przełomie 2012 i 2013 roku. Dopiero wtedy rząd powinien ponownie zająć się kwestią przyjęcia euro w Polsce. Wcześniejsze dążenie do wprowadzenia wspólnej waluty i powiązana z tym konieczność prowadzenia bardziej restrykcyjnej polityki pieniężnej i fiskalnej w celu spełnienia kryteriów z Maastricht mogłyby ograniczyć tempo wychodzenia Polski ze spowolnienia gospodarczego. Ponadto wymagane do przyjęcia euro w Polsce wejście do systemu ERM II, w ramach którego kurs złotego do euro musi się poruszać w określonym przedziale wahań, jest ryzykowne w okresie podwyższonej zmienności na rynkach finansowych, z jakim mamy obecnie do czynienia. Wiąże się to z wyższymi kosztami dla Narodowego Banku Polskiego, który najprawdopodobniej musiałby dokonywać interwencji walutowych w celu obrony stabilności kursu.
Nie należy też zapominać przy tym o koniecznej przy wprowadzeniu euro zmianie polskiej konstytucji, której uchwalenie wiąże się z istotnym ryzykiem politycznym. Dopiero po tegorocznych wyborach prezydenckich oraz zaplanowanych na przyszły rok wyborach parlamentarnych będą istniały warunki polityczne do merytorycznej debaty na temat zmian konstytucyjnych. Wcześniejsze wprowadzenie tego problemu do dyskusji publicznej mogłoby się bowiem stać elementem kampanii wyborczej, a rozpoczęcie przygotowań do przyjęcia euro bez odpowiednich zmian legislacyjnych, w tym w szczególności wejście do systemu ERM II, zwiększyłoby ryzyko kursowe dla złotego.
W związku z powyższym najwcześniejszym terminem wejścia Polski do systemu ERM II byłby rok 2012, a przyjęcie wspólnej waluty mogłoby się odbyć w styczniu 2015 roku. Istnieje jednak wiele czynników ryzyka dla tego terminu, w tym przede wszystkim wolniejsze wychodzenie światowej gospodarki ze spowolnienia, utrzymywanie się wysokiej zmienności na rynkach finansowych czy też ryzyko polityczne związane z przejęciem władzy w Polsce przez ugrupowania eurosceptyczne.
- Czy Jacek Rostowski słusznie powiedział w Radiu Zet, że z wejściem do strefy euro nie ma co się spieszyć, bo jest ona jak remontowany dom, pełna kurzu i hałasu, więc my Polacy przeczekamy jeszcze trochę w naszym małym, spokojnym domku złotówki?
- Nie należy się spieszyć z przyjęciem euro, podobnie jak przy przeprowadzaniu innych zmian instytucjonalnych w ramach polityki gospodarczej, gdyż każda z nich musi być bardzo starannie przygotowana. W przypadku przyjęcia wspólnej waluty pośpiech jest tym bardziej niepożądany, gdyż poza koniecznością spełnienia kosztownych dla gospodarki wymagań fiskalnych i pieniężnych, istnieje jeszcze ryzyko przyjęcia euro po kursie zbyt słabym lub zbyt mocnym. Ryzyko to jest wyższe w sytuacji niestabilności na rynkach finansowych, czyli w takiej, z jaką mamy obecnie do czynienia w strefie euro w związku z kryzysem fiskalnym w Grecji oraz Portugalii. Jednakże do 2013 roku, kiedy to najprawdopodobniej Polska rozpocznie starania o przyjęcie wspólnej waluty, problemy fiskalne niektórych krajów strefy euro nie powinny stanowić już zagrożenia dla procesu integracji. W dłuższej perspektywie bowiem znacznie korzystniej jest przebywać w pałacu strefy euro niż w naszym małym domku złotówki.
Rozmawiała Karolina Zbytniewska
