W skrócie:
Rozmowa z Andrew Stroehleinem, dyrektorem ds. relacji z mediami w International Crisis Group (ICG) w Brukseli.
- Wielu obserwatorów politycznych było zaskoczonych szybką decyzją rosyjskiego prezydenta Dmitrija Miedwiediewa, który zaakceptował rekomendację parlamentu i uznał niepodległość Południowej Osetii. Czy to można było przewidzieć?
- Sądzę, że decyzja prezydenta Miedwiediewa, by zaakceptować rekomendację parlamentu, zaskoczyła wszystkich; a szczególnie tempo jej podjęcia. Większość obserwatorów oczekiwała, że wydarzy się to przynajmniej z pewnym opóźnieniem i że Rosjanie wykorzystają tę pauzę po decyzji Dumy jako rodzaj karty przetargowej. Ale teraz w zachodnich stolicach wydaje się, że Rosja i tak nie jest specjalnie zainteresowana jakąkolwiek transakcją.
- Czy oznacza to, że zarówno Zachód, jak i Gruzja nie doceniły rosyjskiej reakcji?
- Nie sądzę, by ktokolwiek się łudził, że Rosja nie pójdzie tak daleko, raczej, że nie uczyni tego tak szybko. To zaskoczyło wielu ludzi. (…)
- Kogo można oskarżyć o eskalację tego konfliktu?
- Wielu. Te konflikty jątrzyły się od lat 90. jątrzyli, a wspólnota międzynarodowa nie zwracała większej uwagi na ten region i nie starała się rozwiązać tego „zamrożonego konfliktu”. Ogólny brak zainteresowania wspólnoty międzynarodowej jest z pewnością problemem fundamentalnym.
Prezydent Gruzji, Michaił Saakaszwili, obiecał cztery lata temu ponowne włączenie tych dwóch separatystycznych regionów w skład Gruzji. W historii konfliktów etnicznych nic podobnego nie wydarza się szybko.
Dalej, decyzja z początku sierpnia, by użyć siły była rzeczywiście nieprawdopodobnie źle skalkulowana. Tak samo, rosyjska odpowiedź była całkowicie nieproporcjonalna do tego, co musieli uczynić, by zatrzymać gruzińskie pociski lub by osiągnąć inne rzekome cele, o których mówili.
- Biorąc pod uwagę umowę o zawieszeniu broni wynegocjowaną przez prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego wydaje się, że akcja Rosji nie przyczynia się do uspokojenia sytuacji?
- Ostatnie poczynania Rosji zdecydowanie zwiększają napięcie. Decyzja Dumy była jednym krokiem, uznanie tego przez prezydenta – drugim. Kombinacja tych dwóch decyzji w tak krótkim czasie – bez dania komukolwiek szansy na reakcję – podbija stawkę.
Każdy krok, jaki Rosjanie wykonują bez jakiejkolwiek formy dyskusji z resztą świata, sprawia wrażenie, że oni tą dyskusją nie są wcale zainteresowani. Wydaje się, że wracamy do mentalności z czasów zimnej wojny – Rosja podejmuje kroki, które wydają się agresywne Zachodowi, na które następuje reakcja z krajów zachodnich, która wydaje się agresywna Moskwie.
- Gruzja określa jednostronne uznanie przez Rosję niepodległości Południowej Osetii jako jawne pogwałcenie prawa międzynarodowego, uważając, że – w przeciwieństwie do zdania Rosji – nie jest to porównywalne z Kosowem. Zgadza się pan z tą opinią?
- To w ogóle nie może być porównane z Kosowem. Istnieją olbrzymie różnice. NATO nie wydawało paszportów mieszkańcom Kosowa i nie używało obrony swoich obywateli jako usprawiedliwienia jakiejkolwiek akcji.
Uznanie Kosowa było procesem, który trwał prawie dekadę. Jest nie fair, gdy Rosja powołuje się na ten przykład, jednocześnie uciekając się do tryku z obywatelstwem i czyniąc to wszystko w ciągu mniej więcej jednego tygodnia. (…)
- Czy UE powinna teraz przemyśleć swoje relacje z Rosją?
- Są dwie rzeczy, które zachodnie stolice muszą zrobić. Pierwsza, to zadbać o to, by Rosja nie została nagrodzona za ten rodzaj zachowania. To bardzo ważne, gdyż nie można dopuścić do podobnego zachowania w takich miejscach jak Ukraina czy Mołdawia, wobec których uciekano się także do zastraszania. Musi to być wiarygodna, mocna odpowiedź.
Z drugiej strony, nikt nie chce uczynić kroku, który izolowałby Rosję tak bardzo, że zachęci ją to do dalszych agresywnych akcji. Będzie to delikatne wyważenie. Rosjanie muszą bardzo wyraźnie ujrzeć kary, ale także potencjalne profity, które mogą osiągnąć, jeśli będą współpracować ze wspólnotą międzynarodową.
