W skrócie:
Polski rząd proponuje m.in., żeby – jak powiedział minister ds. europejskich Mikołaj Dowgielewicz - przewodniczący Rady Europejskiej, tzw. prezydent UE, był raczej „moderatorem” niż „prezydentem”, a także - żeby Partnerstwo Wschodnie i budżet przeznaczony na jego realizację, znalazły się w gestii Komisji Europejskiej, a nie Rady UE do spraw polityki zewnętrznej.
Dokument zawierający propozycje zwiększenia skuteczności Unii Europejskiej po planowanym wejściu w życie Traktatu Lizbońskiego, tzw. non-paper, premier Donald Tusk wręczył szefowi KE Jose Manuelowi Barroso już w poniedziałek, w środę został przesłany państwom członkowskim, a w czwartek minister Dowgielewicz przedstawił go dziennikarzom na konferencji prasowej.
Jednak już dzień przed tą konferencją Dowgielewicz wyjaśniał w radiu PIN, że polski rząd proponuje umieszczenie problematyki Partnerstwa Wschodniego w kompetencjach Komisji, a nie szefów dyplomacji państw członkowskich dlatego, że jest ona bliższa kwestiom związanym z rozszerzeniem Unii (a jeden z członków KE jest odpowiedzialny za rozszerzenie), niż polityce zewnętrznej UE. Dodał, że decyzja w tej sprawie powinna zapaść „w najbliższych tygodniach”.
Minister zapewniał również, że intencją Polski nie jest osłabienie pozycji Wysokiego Przedstawiciela UE do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa (jest to nowe stanowisko, którego utworzenie przewiduje Traktat Lizboński), czyli przyszłego szefa unijnej dyplomacji, któremu w wykonywaniu zadań będzie pomagać unijny korpus dyplomatyczny - Europejska Służba Działań Zewnętrznych (ESDZ).
W czasie czwartkowej konferencji prasowej Dowgielewicz powiedział, że według polskiego rządu, służba ta powinna być nie tylko zapleczem administracyjnym Wysokiego Przedstawiciela, ale również powinna działać na rzecz Komisji Europejskiej, prezydencji rotacyjnej i pozostałych państw UE.
Minister powiedział także m.in., że nowy szef unijnej dyplomacji będzie pełnił przewodnią rolę w dziedzinie stosunków zewnętrznych. Ponadto w dokumencie polski rząd zwraca uwagę, że w sytuacji, w której obowiązki Wysokiego Przedstawiciela i któregoś z unijnych komisarzy będą się na siebie nakładały, to uprawnienia koordynacyjne będzie miał ten pierwszy. Podkreśla także wagę jego współpracy ze wszystkimi państwami członkowskimi.
Jeśli chodzi o drugie nowe stanowisko, które wprowadza traktat z Lizbony, czyli o przewodniczącego Rady Europejskiej, to Polska chciałaby – jak mówił Dowgielewicz w radiu PIN – żeby prowadził on spotkania Rady, a ponadto był „dyplomatą, który będzie cicho i na co dzień wypracowywał kompromisy między państwami członkowskimi; który będzie wspierał prezydencję rotacyjną”. Miałby on być więc raczej „moderatorem” niż „prezydentem”.
Na konferencji prasowej minister ds. europejskich dodał, że szef Rady Europejskiej powinien być reprezentantem Unii na zewnątrz, ale nie może odbierać kompetencji Wysokiemu Przedstawicielowi UE ds. polityki zagranicznej.
Podkreślił ponadto, że według polskiego rządu bardzo ważna jest współpraca najważniejszych osób w UE, czyli przewodniczącego Rady Europejskiej, szefa KE i szefa PE, Wysokiego Przedstawiciela oraz głowy państwa lub szefa rządu państwa sprawującego półroczne przewodnictwo w Unii.
Rząd polski uważa także, że dla zapewnienia właściwej koordynacji spraw Wspólnoty, przed każdym szczytem UE powinny odbywać się spotkania tych najważniejszych przedstawicieli Unii.
W radiu PIN Dowgielewicz powiedział ponadto, że polska propozycja jest jednym z dwóch (obok „pakietu” państw Beneluksu, który jest – jego zdaniem – „dość zbliżony” do polskiej propozycji) liczących się w Unii dokumentów. „Nasze stanowisko jest jednym z tych, które w tej chwili kształtuje opinie w Brukseli” – podkreślił.
Według ministra ds. europejskich, polska propozycja cieszy się dużym poparciem. Jak szacuje, jest to „wizja bliska” 22, 23 z 27 państw członkowskich UE. (bea)

