W skrócie:
Nowe kraje UE z Europy wschodniej boją się, że - niezależnie od tego kto wygra wtorkowe wybory prezydenckie - stracą uprzywilejowany status w stosunkach ze Stanami Zjednoczonymi, jakim cieszyły się za czasów administracji Busha. Korzystając ze swej sieci, EurActiv przygotował raport w tej sprawie.
Kraje Europy wschodniej są bardziej proamerykańskie niż kraje zachodniej części kontynentu, z wyjątkiem Wielkiej Brytanii. Obywatele części wschodniej powszechnie uważają bowiem, że Stany Zjednoczone były siłą napędową dla antysowieckiej opozycji w ich krajach, która doprowadziła do upadku komunizmu
W 2003 roku amerykański sekretarz obrony Donald Rumsfeld dokonał słynnego rozróżnienia na „nową” i „starą” Europę przeciwstawiając zwolenników kontrowersyjnej decyzji administracji waszyngtońskiej w sprawie rozpoczęcia wojny w Iraku, przeciwnikom tej decyzji. Wiele państw Europy wschodniej przyłączyło się wtedy bowiem do utworzonej przez Amerykanów tzw. Koalicji dobrej woli. Ustanowiły w ten sposób precedens podejmując próbę rozwiązania kryzysu w sposób uznany w wielu stolicach zachodniej Europy za niebezpieczny.
EurActiv zwraca uwagę, że zbiegło się to z przeniesieniem do Bułgarii części amerykańskich oddziałów stacjonujących dotychczas w bazach na terenie Niemiec. Mimo, że Amerykanie przedstawili ten ruch jako odpowiedź na nowe wyzwania, to jednak w stolicach zachodniej Europy pozostał gorzki posmak.
Niedawno Stany Zjednoczone doprowadziły do porozumienia w sprawie rozmieszczania elementów tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach, a ostatnio wprowadziły bezwizowy ruch dla obywateli Czech, Estonii, Węgier, Łotwy, Litwy i Słowacji. Obowiązek wizowy utrzymano jednak m.in. wobec Greków, którzy uznali, że jest to kara za ich proserbskie nastawienie w sprawie uznania niepodległości Kosowa.
Wschodnioeuropejskie stolice przewidują, że priorytetem nowego prezydenta USA będzie poprawa stosunków z krajami zachodniej Europy, które ucierpiały w skutek rządów amerykańskich neokonserwatystów. Obawiają się w związku z tym, że nowa administracja waszyngtońska zaniedba je, mimo że w czasach prezydentury Busha były najwierniejszymi koalicjantami USA. Nie przewidują, żeby cokolwiek zmieniło nawet to, że proamerykańskie Czechy będą przewodniczyć Unii Europejskiej w czasie, gdy nowy prezydent zacznie pełnić swoją funkcję.
Według dyplomatów z krajów Europy wschodniej, nowa agenda stosunków USA-UE -zdominowana przez kryzys finansowy i próby zreformowania fundamentów systemu kapitalistycznego - w sposób nieunikniony będzie skierowana raczej na silniejsze gospodarczo kraje, takie jak Wielka Brytania, Niemcy czy Francja, niż na nowe kraje członkowskie Unii.
Kryzys finansowy już spowodował, że na czoło sceny politycznej wysunęli się przywódcy zachodniej Europy, np. prezydent Francji Nicolas Sarkozy, brytyjski premier Gordon Brown, kanclerz Niemiec Angela Merkel czy premier Włoch Silnio Berlusconi. Ci właśnie przywódcy państw członkowskich UE będą uczestniczyli np. w szczycie G20, jaki odbędzie się 15 listopada w Waszyngtonie, poświęconym poszukiwaniom wspólnej odpowiedzi na obecny kryzys finansowy.
G20, to przedstawiciele (najczęściej ministrowie finansów) 19 państw-największych potęg gospodarczych i najważniejszych krajów rozwijających się, tzw. wschodzących rynków (m.in. Chin, Indii, Brazylii czy Meksyku) oraz Unii Europejskiej, którzy spotykają się raz na rok i debatują o polityce finansowej.
Mimo, że nazwisko nowego prezydenta USA będzie już wtedy znane, to nie powinien on uczestniczyć w waszyngtońskim szczycie, bo jego zaprzysiężenie przewidziane jest dopiero na 20 stycznia przyszłego roku.
Czesi, którzy przejmują unijne przewodnictwo od Francuzów z początkiem nowego roku chcą jednak rozpocząć współpracę z administracją nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych jeszcze zanim ten formalnie obejmie urząd. „Nie chcemy tracić czasu i chcemy podjąć rozmowy tak szybko jak to jest możliwe, żeby nie dopuścić do próżni (w stosunkach transatlantyckich)” – zadeklarował czeski wiceminister spraw zagranicznych Tomas Pojar w swoim wystąpieniu na międzynarodowej konferencji pt. „Od +Europy fortecy+ do +Europy bez granic+” w Pradze.
Również prezydent Sarkozy zaapelował do ekipy nowego prezydenta odpowiedzialnej za kwestie ekonomiczne, by była obecna na listopadowym szczycie G20, podczas którego – jak podkreślił – muszą zostać podjęte „realne decyzje”.
Stosunki transatlantyckie są jednym z priorytetów czeskiej prezydencji, zwrócił uwagę czeski dyplomata. Przypomniał przy tym, że czasie nachodzącego półrocza jego kraj jest zobowiązany m.in. do zorganizowania pierwszego szczytu UE-USA, w którym będzie uczestniczyć nowy prezydent Stanów Zjednoczonych. Dodał, że agenda szczytu jest już zapełniona i zawiera nie tylko kwestie stosunków zewnętrznych UE, ale również te dotyczące negocjacji handlowych i związane z ewentualny porozumieniem w sprawie przeciwdziałania zmianom klimatu.
Tymczasem – przypomina EurActiv - w ostatnich wyborach rząd Czech walczył o przetrwanie, a kilka tygodni przed objęciem unijnej prezydencji musiał stawić czoła całej serii głosowań nad wotum nieufności.
Sarkozy już dał do zrozumienia, że ani Czechy, ani Szwecja - która jako następna będzie kierować pracami Unii – nie będą w stanie dać sobie rady z kryzysem finansowym, jako że żadne z tych państw nie należy do strefy euro. Zaproponował w związku z tym utworzenie nieformalnego „rządu gospodarczego” strefy euro, złożonego z przedstawicieli 15 państw strefy, którzy odbywaliby regularne spotykania i podejmowali działania na rzecz finansowego zdrowia UE.
Po piątkowym spotkaniu z premierem Mirkiem Topolankiem w Paryżu Sarkozy poinformował jednak, że również Czechy będą reprezentowane na szczycie G20 poświęconym reformie światowego systemu finansowego. Obecność czeskiego ministra finansów uzasadnił potrzebą zachowania ciągłości między francuską i czeską prezydencją Unii, zwłaszcza w sytuacji światowego kryzysu finansowego, o którym będzie mowa właśnie w Waszyngtonie.
Chociaż opinia publiczna krajów Europy wschodniej, podobnie jak opinia publiczna w zachodniej części naszego kontynentu, chętniej widziałaby Baraka Obamę zasiadającego w Gabinecie Owalnym, to przedstawiciele państw wschodnioeuropejskich oficjalnie podkreślają, że nie opowiadają się za żadnym z kandydatów.
Jeśli chodzi o ważne dla Europy Wschodniej stosunki z Rosją, to zarówno Obama jak i McCain krytycznie wyrażali się o interwencji Rosji w Gruzji, ale też obaj wykluczyli możliwość użycia tam siły. Mimo to, wyniki ostatnich badań opinii publicznej w Rosji wskazują jednak - jak podały agencje – że również Rosjanie wolą Obamę niż McCaina.
Zarówno kandydat Demokratów, jak i Republikanów wykluczyli również możliwość powrotu do polityki zimnej wojny. Według dyplomatów, nowy prezydent Stanów Zjednoczonych będzie w związku z tym raczej wspierać działania Sarkozy`ego, niż bardziej radykalne rozwiązania, za jakimi opowiadają się Polska, Czechy i kraje bałtyckie.(bea)
