USA, Rosja i trolle

źródło pxhere

źródło pxhere

Zgodnie z przewidywaniami podczas szczytu APEC w Wietnamie nie doszło do dwustronnego spotkania prezydentów Rosji i USA. Krótko przedtem rosyjskie media ujawniły, jak funkcjonowała w latach 2015-2017 rosyjska firma, będąca w rzeczywistości tzw. fabryką trolli, w której bardzo ważny był „dział amerykański”. Jednocześnie dwóch byłych szefów amerykańskich służb specjalnych oceniło wypowiedź Trumpa ws. badanych rosyjskich ingerencji w amerykańskie wybory jako „zagrożenie dla USA”.

 

O możliwym spotkaniu Donalda Trumpa i Władimira Putina mówiło się w czwartek. Liczyli na nie mocno zarówno szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow, jak i rzecznik prasowy Kremla Dmitrij Pieskow. Biały Dom studził natomiast emocje. Ostatecznie w piątek, jeszcze przed początkiem zorganizowanego w Hanoi w Wietnamie szczytu Wspólnoty Gospodarczej Azji i Pacyfiku (APEC) dla wszystkich stało się jasne, że do spotkania nie dojdzie. Pieskow w niedzielę wskazywał, że winę za brak spotkania ponosi strona amerykańska. „Mimo wysiłków moich rosyjskich kolegów nie udało się uzgodnić miejsca i warunków spotkania. Amerykanie zaproponowali miejsce i czas, które odpowiadały tylko im. Nie chcieli podać kilku opcji, tak abyśmy mieli jakikolwiek wybór” – żalił się dziennikarzom rzecznik Kremla.

Praktyką dyplomatyczną jest, aby spotkania dwustronne na najwyższym szczeblu organizować naprzemiennie. Raz jedna strona jest gospodarzem, raz druga. W przypadku spotkań na terenie neutralnym, też jedno z państw pełni rolę gospodarza. Wynajmuje salę czy organizuje poczęstunek. Gdy w lipcu Trump i Putin rozmawiali podczas szczytu G20 w Monachium, to właśnie USA pełniło rolę gospodarza rozmowy. Teraz to Rosjanie chcieli być gospodarzami. Administracja Trumpa nie chciała ustąpić i wyznaczyła tylko jeden termin. W wynajętej przez siebie sali. Tak przynajmniej opowiadał dziennikarzom Pieskow. Biały Dom nie ujawnił bowiem żadnych bliższych szczegółów.

Trump i Putin krótko o Syrii

Obaj prezydenci porozmawiali tylko krótko w sobotę w przerwie głównych obrad. Starczyło czasu jedynie na to, aby potwierdzić wynegocjowane wcześniej przez amerykańskich i rosyjskich dyplomatów wspólne stanowisko ws. wojny domowej w Syrii. Zgodzono się w nim, że „interwencja wojskowa nie jest rozwiązaniem dla tego konfliktu”. W tekście znalazły się też zapewnienia, że oba kraje dążą do zniszczenia tzw. Państwa Islamskiego oraz apelują do stron syryjskiego konfliktu o udział w negocjacjach pokojowych prowadzonych w Genewie pod egidą ONZ.

W krótkiej kuluarowej rozmowie Władimir Putin miał także po raz kolejny zapewnić Donalda Trumpa, że Rosja nie ingerowała w amerykańską kampanię wyborczą w 2016 r. Od wielu miesięcy amerykańskie media ujawniają przypadki spotkań ludzi z bliskiego otoczenia amerykańskiego prezydenta (w tym członków jego rodziny oraz prezydenckiej administracji) z Rosjanami, w tym z rosyjskim ambasadorem w USA Siergiejem Kislakiem. Do dymisji podał się już m.in. doradca ds. bezpieczeństwa Michael Flynn. Były szef kampanii wyborczej Trumpa Paul Manafort otrzymał natomiast 12 zarzutów, w tym spiskowania przeciw USA.

Trump jednak oświadczył w Hanoi, po zakończeniu szczytu APEC, że wierzy słowom Putina, a rosyjski prezydent ma być nawet „urażony oskarżeniami”. Na Twitterze Trump napisał natomiast, że „nienawistnicy i głupcy muszą pojąć, że posiadanie dobrych relacji z Rosją to dobra, a nie zła rzecz”. Zdaniem amerykańskiego prezydenta ważniejsze jest „rozwiązanie problemów z Północą Koreą, Syrią, Ukrainą i terroryzmem, a Rosja może ogromnie pomóc”.

Byli szefowie służb krytycznie o słowach Trumpa

Tymczasem dwóch byłych już szefów amerykańskich służb specjalnych (obu zwolnionych przez Trumpa) ostro skrytykowało słowa prezydenta na temat możliwych rosyjskich ingerencji w amerykańskie wybory. Były Dyrektor Wywiadu Narodowego James Clapper (a więc były koordynator pracy wszystkich agencji wywiadowczych) oświadczył w niedzielnym wydaniu programu „State of the Union” w telewizji CNN, że wypowiedzi Trumpa „stwarzają zagrożenie dla USA”. „Wierzę, że zarówno Rosjanie, jak i Chińczycy myślą, że mogą amerykańskiego prezydenta rozgrywać” – mówił Clapper. Kilka godzin później poparł go były dyrektor CIA John Brennan, który powiedział, że Trump „daje Putinowi przepustkę do działania, która jest też zaproszeniem dla kolejnych państw, aby próbowały bujać Trumpem”.

Rosyjska propaganda od kuchni

Dezinformacja to broń. Jej głównym celem jest destabilizacja Zachodu – mówi nam Liz Wahl, była prezenterka telewizji Russia Today (RT), jednego z głównych narzędzi rosyjskiej dezinformacji. Liz Wahl zrezygnowała z pracy na wizji mówiąc: „Jestem dumna, że jestem Amerykanką i wierzę w szerzenie prawdy”. Rozmawiamy z nią w momencie, kiedy dezinformacja stała się ważnym narzędziem …

Trolle z Olgino na amerykańskim froncie

Tymczasem pojawia się coraz więcej informacji o działaniach Rosji w amerykańskich serwisach społecznościowych. Rosyjskie media (m.in. gazeta „RBK”, Radio Swoboda i telewizja Dożdż) ujawniły w ostatnim czasie kulisy funkcjonowania jednej z rosyjskich tzw. farm trolli, czyli firm, które wykonują zlecenia na akcje w internecie. Działająca na przedmieściach Petersburga spółka Internet Research Agency (IRA) zatrudnia kilkaset osób i współpracując m.in. z Kremlem zalewa różne serwisy społecznościowe określonymi treściami. Trolle z Olgino (jak nazywa się miejscowość gdzie centralę ma IRA) najaktywniejsze są w internecie rosyjsko- i ukraińskojęzycznym, ale kilkadziesiąt osób ma tworzyć „dział amerykański”. Jak opisują rosyjskie media, IRA mocno szukała w 2015 r. nowych pracowników. Wymagania: „możliwości pracy w godzinach nocnych oraz płynna znajomość języka angielskiego”.

Ta założona przez byłego pułkownika milicji Michaiła Bystrowa firma oferuje szeroki zakres usług: tworzenie memów, fałszywych kont i grup dyskusyjnych, komentowanie postów, wszczynanie awantur lub dyskusji na forach czy fabrykowanie zdjęć i zawierających kłamstwa artykułów. Działem amerykańskim ma kierować pochodzący z Azerbejdżanu 27-latek Dżajchun Asłanow, któremu podlegać ma około 80-90 osób. Dzienny limit każdej z nich to przynajmniej 100 postów lub komentarzy. Każdego dnia powstaje ich zatem niemal tysiąc.

Facebook czy Google przyznały już, że długo nie mogły sobie z nimi poradzić, ale od pewnego czasu wychwytują te prowokacyjne posty, fałszywe konta czy fake newsy, które należą do Trolli z Olgino. W 2015 r., gdy istnienie petersburskiej fabryki trolli ujawnił „New York Times”, udaje się nawet na stałe zablokować pracownikom IRA dostęp do Facebooka. Szybko jednak wracają. Trolle z Olgino korzystają sprawnie z serwerów proxy, jednorazowych kart SIM czy kont bankowych założonych na podstawione osoby. Wiele ze stworzonych przez rosyjskich trolli postów czy komentarzy nie ma wielkiego zasięgu. Docierają do maksimum tysiąca użytkowników. Ale około dwudziestu z nich stało się tzw. viralami, co oznacza, że użytkownicy zaczęli sami sobie podawać obrazek czy wiadomość i ciężko było potem dotrzeć do tego, kto pierwszy ją rozpowszechnił. A o to właśnie chodziło.

Posty, jakie produkowała podpetersburska fabryka trolli nie wspierały wprost podczas kampanii wyborczej Donalda Trumpa, ani nie atakowały Stanów Zjednoczonych. Często chodziło o rozpowszechnianie negatywnych (prawdziwych lub fałszywych) informacji na temat kontrkandydatki – Demokratki Hillary Clinton. Najwięcej postów miało jednak po prostu wzbudzić emocje – rozgniewać Czarnoskórych czy przerazić religijnie nastawionych Białych. Największą popularnością cieszył się obrazek sugerujący, że wprowadzono zakaz pokazywania w telewizji jednego z bohaterów kreskówek o Króliku Bugsie – rudowłosego, wąsatego kowboja-nerwusa Yosemitee Sama. Powód: kreskówkowy bohater nosi ze sobą wszędzie pistolety. Choć cała historia była zmyślona, mema podało dalej 1,6 mln osób. Obejrzało go ponad 17 mln. Inne posty wzywały z kolei do wychodzenia na manifestację przeciw brutalności policji wobec Afroamerykanów (korzystając z popularnego hasła „Black Lives Matter”). Ci sami ludzie wzywali też do manifestowania w przypadku zabójstwa policjanta. Tym razem hasło brzmiało „Blue Lives Matter”.

Facebook, Twitter i Google podają liczby

Amerykańscy giganci internetowi przyznali, że skala działania rosyjskich trolli była podczas kampanii wyborczej (oraz po niej) ogromna. Przedstawicieli serwisów społecznościowych wezwali na przesłuchanie Senatorowie z komisji badającej rosyjskie ingerencje w amerykańskie wybory. Wiceprezes Facebooka Colin Stretch poinformował, że w okresie między czerwcem 2015 r. a sierpniem 2017 r. wykryto i usunięto 120 stron (tzw. fanpage) powiązanych z firmą IRA. Z powiązanych z tymi stronami 470 kont umieszczono ponad 80 tys. wpisów. Bezpośrednio dotarły one do 29 mln użytkowników. Całkowity zasięg (czyli liczony razem z „podaniami dalej”) miał wynieść aż 126 mln osób. To więcej niż co drugi uprawniony do głosowania Amerykanin, ale posty trafiały jednak do anglojęzycznych użytkowników także poza Stanami Zjednoczonymi.

Rosyjska fabryka trolli wykupywała więc sprofilowane reklamy swoich postów. Szły na to różne kwoty. Od kilku do nawet 3,5 tys. dolarów za post. W sumie IRA wydało ok. 100 tys. dolarów. Sponsorowane posty trafiły do kolejnych prawie 11,5 mln użytkowników. Jak wyliczyła CNN, oznacza to, że 1 na 23 tys. postów umieszczanych w czasie kampanii wyborczej w USA (bez względu na ich temat) był postem autorstwa rosyjskich trolli. Pomocne okazało się zakładanie grup fanowskich, gdzie zwabiano amerykańskich użytkowników o określonych poglądach. Z początku grupy te nie angażowały się w wybory prezydenckie, ale gdy udało im się zebrać sporą grupę fanów i zbudować wśród nich zaufanie, zaczynały zmieniać temat. I tak grupa o nazwie „Heart of Texas” skupiła 250 tys. zwolenników secesji Teksasu. Grupa „Army of Jesus” – 270 tys. głęboko religijnych użytkowników. Mając tak sprofilowane audytoria, serwowano im posty używające konkretnych argumentów. Głównie krytykujących Hillary Clinton.

Najaktywniejsza na Facebooku okazała się jednak kontrolowana przez IRA grupa, która ani razu nie zajęła się bezpośrednio prezydencką kampanią. Strona „BlackMattersUS” pompowała gniew Afroamerykanów na policję, która dopuściła się kilku śmiertelnych postrzeleń niewinnych czarnoskórych obywateli USA. 250 tys. osób czytało codziennie posty, w tym wiele prawdziwych, nie mając pojęcia, że są pisane w Rosji. Tysiące ludzi wyszły na wiece, które zorganizowano poprzez tę grupę. Polityka pojawiła się dopiero po wyborach. Tym razem jednak rosyjscy trolle zaatakowali już Trumpa. Koszt był stosunkowo niewielki. Organizacja ok. 40 demonstracji Afroamerykanów kosztowała niecałe 80 tys. dolarów.

Rosyjska propaganda w Europie

Jakub Kalenský, członek Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych, zajmujący się walką z rosyjską propagandą, poinformował, że we wszystkich europejskich państwach szerzona jest dezinformacja w kwestii tzw. „wojny hybrydowej”, którą Rosja prowadzi na Ukrainie i w innych państwach. Różne kraje, różne sposobyKalenský tłumaczył, że w krajach bałtyckich adresatem działań propagandowych, realizowanych przy wykorzystaniu rosyjskich stacji telewizyjnych, jest …

Twitter pełen trolli

Jeszcze aktywniejsi niż na Facebooku Trolle z Olgino byli na Twitterze. Jak ujawnili szefowie serwisu, tylko od 1 września do 15 listopada 2016 r. Rosjanie wyprodukowali aż 131 tys. tweetów udających wypowiedzi autentycznych Amerykanów. Zidentyfikowano ponad 2750 fałszywych kont, które były powiązane z firmą IRA. Podejrzanych jest kolejne… 37 tys. kont. Konta, które zarejestrowano na rosyjskie numery komórkowe udawały swoją nazwą albo przeciętnych Amerykanów, albo lokalne serwisy informacyjne. Największym sukcesem okazało się konto należące rzekomo do trzydziestokilkuletniej Amerykanki. Jenna Abrams uzbierała na Twitterze ponad 70 tys. followersów. W dyskusję z nią wchodzili dyplomaci, politycy i dziennikarze. Cytowały ją BBC, „Independent”, Al-Dżazira, „Washington Post” czy „USA Today”. Problem w tym, że Jenna Abrams nigdy prawdopodobnie nie istniała. A w każdym razie nie mieszkała na terenie USA i nie była Amerykanką. Eksperci ds. lingwistyki, którzy badali konta Twitterowe powiązane z firmą IRA orzekli, że trolle znały angielski bardzo dobrze, ale nie ustrzegły się wielu kalk z języka rosyjskiego. Także Jenna Abrams. Udało jej się jednak nabrać nawet Michaela McFaula, czyli byłego amerykańskiego ambasadora w Moskwie, który naukowo zajmował się m.in. … rosyjską propagandą.

Dużo słabiej IRA wykorzystała serwisy należące do Google. Firma ta również sama podała wyniki wewnętrznego śledztwa. Google zidentyfikowało w serwisie YouTube 18 anglojęzycznych kanałów powiązanych z IRA. W sumie znalazło się na nich 1108 filmików o łącznej długości ponad 43 godzin. W sumie od czerwca 2015 r. do listopada 2016 r. wyświetlono je 309 tys. razy, ale tylko ok. 3 proc. filmików miało powyżej 5 tys. odsłon. Na reklamę kanałów wydano w sumie jedynie 4,7 tys. dolarów. Użycie tzw. spambotów i fałszywych kont na Gmailu miało być zaś marginalne.

Rosyjskie inwestycje w Facebooka i Twittera

Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że dokumenty ujawnione w ramach afery „Paradise Papers” (czyli wycieku z kancelarii Appleby, która pomagała korzystać z rajów podatkowych) pokazują, że dwie wielkie rosyjskie spółki – bank VTB oraz gigant gazowy Gazprom, kupiły za pośrednictwem kilku spółek udziały w Facebooku i Twitterze. Miały tego dokonać z pomocą firm powiązanych z bliskim doradcą, a prywatnie zięciem Trumpa Jaredem Kushnerem. Zakupu akcji obu firm miał dokonać rosyjski potentat technologiczny Jurij Milner, który ma także udziały w spółkach Kushnera.

Transakcje te przeprowadzono tak sprawnie i tak cicho, że – jak dowodzą dziennikarze, który ujawnili aferę „Paradise Papers” – same Facebook i Twitter nie miały dotąd pojęcia, że w części należą już do Rosjan. Zakupu akcji Facebooka za kwotę ponad miliarda dolarów dokonano w 2011 r. Analiza szeregu spółek, które mają udziały jedna w drugiej doprowadziły analityków do spółki Gazprom Investholding. W Twittera zainwestowano o wiele mniej – około 191 mln dolarów. Zakup akcji został przeprowadzony zupełnie legalnie poprzez transakcje giełdowe.

Facebook i Twitter bronią się, że skład akcjonariatu nie ma wpływu na działalność tych mediów społecznościowych, ale cała sprawa budzi kontrowersje. W połączeniu z ujawnionymi kulisami działania fabryki trolli w postaci firmy Internet Research Agency, powstaje sytuacja, w której już nie tylko Amerykanie zastanawiają się nad skalą rosyjskich ingerencji w kampanię wyborczą. Niebawem o możliwym rosyjskim wpływie na referendum ws. brexitu ma dyskutować brytyjska Izba Gmin.

"Paradise Papers", czyli kolejny wyciek danych o klientach rajów podatkowych

13 mln dokumentów ukazujących kulisy funkcjonowania rajów podatkowych na głównie egzotycznych wyspach zdobyli reporterzy niemieckiego dziennika „Süddeutsche Zeitung”. Dzięki współpracy Międzynarodowego Konsorcjum Dziennikarzy Śledczych oraz prawie 100 innych redakcji z całego świata ustalono, że z usług kancelarii ułatwiających ukrywanie dochodów korzystali m.in. członkowie gabinetu prezydenta USA, doradca premiera Kanady, gwiazdy pop, prominentni politycy brytyjskich …