Referendum w Turcji: 51,4 proc. na TAK dla Erdoğana

Wczoraj odbyło się w Turcji referendum konstytucyjne. 51,41 proc. Turków zagłosowało za rozszerzeniem władzy prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana. Opozycja żąda ponownego przeliczenia nawet 60 proc. głosów.

Evet czyli “tak” uzyskało 1,25 mln więcej głosów niż hayır czyli „nie” – podaje turecka agencja informacyjna Anadolu. Do przeliczenia pozostało obecnie jeszcze 600 tys. głosów. W referendum wzięło udział ok. 86 proc. uprawnionych do głosowania – jak powiedział sam prezydent Erdoğan.

Co oznacza zwycięstwo Erdoğana?

Wynik nie świadczy jednak jednoznacznie o śmierci tureckiej demokracji – którą sugestywnie wieści Steven A. Cook na łamach amerykańskiego magazynu Foreign Affairs (TUTAJ). Mimo nieustannej autopropagandy prezydenta w mediach zarówno publicznych, jak i prywatnych (bo niepokorne zlikwidował), mimo polityki zastraszania narodu, która uzyskała wygodną legitymizację poprzez zeszłoroczny nieudany zamach stanu, a także mimo szeroko zakrojonego programu kształtowania poglądów Turków na podobieństwo własnego wyobrażenia o państwie, trzy punkty procentowe przewagi to zaskakująco słaby wynik.

Erdoğan po raz pierwszy przegrał też w największych tureckich miastach – Stambule, Ankarze i Izmirze.

Polityka akumulacji władzy Erdoğana

Referendum było kolejnym etapem realizowanej przez niego sukcesywnie strategii akumulacji władzy. Erdoğan był premierem przez 11 lat – od 2003 do 2014 r., pełniąc jednocześnie funkcję lidera rządzącej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP). Gdy wygrał wybory prezydenckie w 2014 r., jego rolę jako przewodniczącego partii i premiera przejął Ahmet Davutoğlu. Po 20 miesiącach musiał zrezygnować z tych stanowisk, bo stanowił przeszkodę dla polityki Erdoğana – który potrzebował bardziej lojalnego i ugodowego partnera. Nowym premierem i przewodniczącym AKP został jego zaufany współpracownik i współzałożyciel Partii Binali Yıldırım. Od czasu nieudanego zamachu stanu miesiąc później – w nocy z 15 na 16 czerwca – cały czas trwa stan wyjątkowy. Pod przykrywką walki z zamachowcami, potencjalnymi terrorystami i dbania o porządek wewnętrzny, Erdoğan zagarnął taką władzę, że wczorajsze referendum tylko oficjalnie przypieczętowało nieograniczoną prezydenturę wykonawczą, do której dążył.

System prezydencki po turecku

Zmiana systemu władzy z parlamentarnego na prezydencki sama w sobie nie jest niczym niebezpiecznym. Funkcjonuje m.in. w Stanach Zjednoczonych i Francji. Jednak w tych ugruntowanych demokracjach, szerokie systemy zabezpieczeń i kontroli („checks and balances”) chronią demokrację przed – zamierzonym bądź nie – sabotażem ze strony prezydentów.

Jeżeli jednak tureckie referendum zostanie uznane za ważne, prezydent otrzyma bardzo szeroki zakres niekontrolowanej władzy. Erdoğan uzyska m.in. prawo do decydowania o budżecie, wybierania ministrów (obecnie ich tylko mianuje), czy wprowadzania rozporządzeń wykonawczych. I tak, Donald Trump też ma to prawo, jednak jego pomysły wymagają akceptacji przez Kongres – to łatwiejsze, a także zmian w budżecie – o to już trudniej, a prezydent Turcji zgody parlamentu nie potrzymuje, a, j.w., o budżecie będzie mógł decydować sam.

Według zmian, od tej pory wybory prezydenckie i parlamentarne będą odbywać się tego samego dnia, co oznacza również, że zazwyczaj prezydent będzie związany z rządzącym w parlamencie ugrupowaniem. Łącznie wprowadzanych jest 18 poprawek do konstytucji.

Nieprawidłowości w referendum

Opozycja zwraca jednak uwagę na nieprawidłowości przy liczeniu głosów – jej zdaniem, m.in., nie wszystkie głosy są liczone. Poza tym turecka komisja wyborcza uznała wczoraj – w ciągu dnia głosowania – że niestemplowane głosy będą liczone jako ważne, o ile nie zostanie dowiedzione, że są fałszywe – co również krytykują przeciwnicy zmian w konstytucji. Według organizacji pozarządowych takich wątpliwych głosów mogło być ok. 1,5 mln, czyli więcej niż wynosi różnica między głosami na TAK i na NIE.

Prezydent KE Jean-Claude Juncker, Wysoka przedstawiciel Unii ds. zagranicznych i bezpieczeństwa Federica Mogherini i komisarz ds. polityki sąsiedztwa i negocjacji ws. rozszerzenia Johannes Hahn wydali wczoraj oświadczenie, że z oceną zarówno wprowadzanych poprawek, jak i samego głosowania zaczekają na ocenę Międzynarodowej Misji Obserwacyjnej OBWE/ODIHR (oświadczenie TUTAJ)

Oficjalne wyniki referendum mają zostać ogłoszone w ciągu 10-11 dni.