Visegrad EU portals : EurActiv.pl | EurActiv.hu | EurActiv.cz | EurActiv.sk |
Logo EurActiv.sk
  • O nas
  • Newsletter

Reklama

UE–Ukraina – czas na reset?

07.01.2010
Ukraina grzęźnie w chaosie politycznym i gospodarczym, a jej stosunki z Unią Europejską charakteryzuje obustronne rozczarowanie. Zbliżające się wybory prezydenckie stanowią –bez względu na ich zwycięzcę- szansę na stabilizację sytuacji w kraju. Jeżeli ta szansa zostanie przez Ukraińców wykorzystana, wówczas Unia powinna wyjść z inicjatywą „resetu” w stosunkach dwustronnych.

Żródło: DemosEuropa
Autor: Paweł Zerka

Reklama

Czy Julia dogoni Wiktora?
Jeżeli wierzyć sondażom, wówczas za murowanego zwycięzcę wyborów prezydenckich musielibyśmy uznać Wiktora Janukowycza. Według badań z połowy grudnia 2009 r., mógłby on liczyć na 33% głosów w pierwszej turze, wyraźnie wyprzedzając Julię Tymoszenko (19%). Gdyby te prognozy się potwierdziły, to po pierwszej turze wyborów (17 stycznia) odbyłaby się druga tura (7 lutego), w której Janukowycz znów pokonałby Tymoszenkę, tym razem w stosunku 42% do 28%. Warto pamiętać, że od 2 stycznia obowiązuje na Ukrainie zakaz publikowania wyników sondażowych. Tymczasem, do wyborów pozostały dwa tygodnie, w czasie których jeszcze wiele może się zmienić.

O trzecie miejsce walczą: dawny Prezes Narodowego Banku Ukrainy, Serhij Tihipko, oraz  dawny wiceprezes Narodowego Banku, minister gospodarki oraz minister spraw zagranicznych, Arsenij Jaceniuk. Obaj mogą liczyć na 5 do 10% głosów. Ten z nich, który zajmie trzecie miejsce, zdobędzie silną pozycję w negocjacjach z Tymoszenko przed drugą turą – zwłaszcza, gdyby nie udało się jej zredukować 14%-owej straty do Janukowycza. Co prawda, Jaceniuk zapowiedział, że jeśli sam nie znajdzie się w drugiej turze, wówczas nie poprze żadnego z kandydatów; ale wizja ewentualnego udziału w rządzie powinna być dlań kusząca. Tym bardziej, że jego elektorat, skupiony na zachodniej Ukrainie, i tak powinien w drugiej turze poprzeć Tymoszenko. Bardziej otwarty na rozmowy będzie Tihipko, który poprze Tymoszenko, jeżeli uzyska gwarancje silnej pozycji w przyszłym rządzie, być może nawet tekę premiera.     

Janukowyczowi sprzyja rosnące zniecierpliwienie Ukraińców kryzysem gospodarczym, który w sposób nieunikniony kojarzy się z rządami Pomarańczowych. Panuje coraz powszechniejsze przekonanie, że kraj potrzebuje silnego przywództwa, aby ustabilizować sytuację polityczną i gospodarczą. Janukowycz jawi się jako lider, który byłby w stanie zapanować nad krajem, a jednocześnie –dzięki dobrym stosunkom z Rosją- zapobiec kolejnej „wojnie gazowej” w samym środku zimy. Znaczna część spośród tych Ukraińców, którzy traktowali Pomarańczową Rewolucję jako krok w kierunku demokratyzacji oraz integracji z UE, jest dzisiaj zawiedziona i nie pójdzie na wybory – co wzmacnia szanse lidera Niebieskich na zwycięstwo.

Tym niemniej, Janukowycz ma wyraźny problem ze zdobyciem poparcia w Kijowie oraz na Zachodniej i Środkowej Ukrainie. W ostatnich wyborach parlamentarnych jego Partia Regionów uzyskała w stolicy ledwie 15% głosów, przy ponad 34% w skali kraju. Dla porównania, Blok Julii Tymoszenko (BYuT) uzyskał 46% w Kijowie, przy 30% w skali kraju. Obecna przewaga Janukowycza w sondażach wynika w mniejszym stopniu z poszerzenia elektoratu, a w większym z rozczarowania królującego w elektoracie Pomarańczowych.

Właśnie dlatego, mimo dużej straty w sondażach, Tymoszenko jest nie bez szans w rywalizacji z Janukowyczem. Gdyby udało się jej skłonić elektorat Pomarańczowych, aby wziął udział w wyborach, wówczas –podobnie jak w 2004- kandydat Niebieskich mógłby przegrać. Za obecną Panią Premier przemawia szereg czynników. Po pierwsze, w drugiej turze mogłaby przejąć głosy oddane wcześniej na kandydatów drugiego i trzeciego szeregu: Tihipko, Jaceniuka, Juszczenko. Po drugie, Tymoszenko podziela główne zalety Janukowycza: jest twarda i ma dobre stosunki z Putinem, ale w odróżnieniu do swego kontrkandydata ma jeszcze charyzmę – która w przypadku wyborów na Ukrainie jest atutem nie do przecenienia. Po trzecie, niczym Platforma Obywatelska w ostatnich wyborach parlamentarnych w Polsce, Tymoszenko może zmobilizować do głosowania tych wyborców, którzy niekoniecznie ją popierają, ale stymulująco działa na nich strach przed zwycięstwem Janukowycza. Trzeba jednak zastrzec, że działanie czynnika strachu będzie tym razem niewątpliwie słabsze niż w 2004 r. Po czwarte wreszcie, na Ukrainie brakuje niezależnych badań opinii publicznej, a wyniki, które są publikowane, zazwyczaj nie doszacowują Julii Tymoszenko i jej Bloku. Przykładowo, w poprzednich wyborach parlamentarnych BYuT zdobył 31% - wbrew sondażom, które zapowiadały 21%.

Jednakże, Tymoszenko musi wpierw uporać się z silnym rozczarowaniem panującym w jej bastionie. Nie wiadomo, czy zdąży przekonać swój elektorat, że nie ona ponosi odpowiedzialność za kryzys gospodarczy i polityczny, i że jej prezydentura stanowiłaby szansę na stabilizację sytuacji. Nie sprzyja jej też „zmęczenie Europą” dominujące wśród Ukraińców – mimo tego, że UE nie stanowi przewodniego motywu jej kampanii.

Europa wyczekuje
Tegoroczne wybory prezydenckie nie mają równie manicheistycznego wymiaru, jak te sprzed pięciu lat. Wyborcy mniejszą wagę przywiązują do ideologii, a większą do charyzmy oraz praktycznych predyspozycji kandydatów. Dlatego nie przemawiają już do nich ideologiczne i nacechowane historyczno-geopolitycznym myśleniem argumenty prezydenta Juszczenki.

Mimo to, z punktu widzenia Unii Europejskiej jest nie bez znaczenia, kto zostanie wybrany na nowego prezydenta Ukrainy. Zarówno Janukowycz, jak i Tymoszenko są politykami pragmatycznymi, z tą jednak różnicą, że Janukowycz jest pragmatyczny w 100%, podczas gdy Tymoszenko pozostawia kilka procent dla swojej delikatnej proeuropejskości - oraz dla własnych ambicji, przez co jest mniej przewidywalna.

W przypadku Janukowycza nie ma jasności, czy będzie on zdeterminowany podpisać Układ o Stowarzyszeniu z UE, którego istotnym elementem ma być wzmocnione porozumienie o wolnym handlu (tzw. FTA+), czy też może uzna za ciekawszą unię celną z Rosją, Białorusią i Kazachstanem –zwłaszcza gdyby UE nie wykazywała zainteresowana tą sprawą. Wiadomo, że nie jest sympatykiem NATO, ale nie wiemy, czy w związku z tym będzie promował wejście Ukrainy do Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym. Potencjalna uległość Janukowycza wobec Rosji jest jednak wyraźnie ograniczona gospodarczymi interesami wschodniej Ukrainy, dlatego można spodziewać się, że byłby on otwarty na wzmocnienie dialogu z UE. 

Tymoszenko posiada umiejętność lawirowania pomiędzy Rosją a UE, będąc delikatnie zwróconą ku Europie. Wydaje się, że jej wygrana sprzyjałaby „odświeżeniu” stosunków UE-Ukraina. Niestety jednak, ostatnie lata, pełne niezrozumiałych intryg, pokazały, że Tymoszenko jest politykiem „z ograniczoną odpowiedzialnością”.

Nie taki diabeł straszny - i odwrotnie
Dlatego UE nie powinna z góry przekreślać możliwości porozumienia się z Wiktorem Janukowyczem, ani pokładać nadmiernych nadziei w Julii Tymoszenko.

Po pierwsze, Janukowycz -jako pełnokrwisty pragmatyk- powinien być otwarty na dialog z Unią Europejską, choć swoje posunięcia będzie uzależniał od konkretnych bodźców ze strony UE. Unia i Ukraina pod rządami Janukowycza mogą się do siebie zbliżyć, ale będzie to wymagało od Unii więcej niż dotychczas starań i cierpliwości.

Po drugie, nie należy z góry zakładać, że Ukraina skazana jest na sukces tylko dlatego, że dwoje głównych kandydatów to przywódcy potrafiący zapanować nad sytuacją w kraju. Nie zapominajmy, że władza prezydenta Ukrainy została w 2005 r. znacznie ograniczona na rzecz rządu. Tym samym, wybory prezydenckie stanowić będą jedynie preludium do żmudnego procesu stabilizacji. Zaraz po nich nastąpią zażarte targi polityczne o tekę premiera i kształt rządu. To zaś oznacza zarówno ryzyko, jak i szansę.

Jeżeli wybranemu na prezydenta Janukowyczowi nie uda się porozumieć z koalicją rządową pod wodzą Tymoszenko na temat współpracy lub rozpisania nowych wyborów parlamentarnych, wówczas może dojść między nimi do przepychanek jedynie potęgujących obecny chaos. Znowelizowana konstytucja znacznie ograniczyła możliwości rozwiązania Parlamentu przez prezydenta, dlatego Janukowycz, dążąc do przedterminowych wyborów, aby w ten sposób pozbyć się Tymoszenko, musiałby albo dogadać się z otoczeniem Juszczenki (co dla obecnego prezydenta byłoby zbawieniem), albo sprytnie przecisnąć się przez luki w Konstytucji. Gdyby udało mu się doprowadzić do rozwiązania Parlamentu, wówczas możliwe, że na fali zwycięstwa w wyborach prezydenckich powiększyłby reprezentację Partii Regionów. Tym niemniej, nawet wówczas musiałby pewnie pójść na ustępstwa wobec niedawnych konkurentów w wyborach prezydenckich, których poparcie byłoby mu potrzebne do sformowania większościowego rządu. W ten sposób jego władza i pole manewru zostałyby ograniczone.

Julia Tymoszenko najprawdopodobniej przegra w pierwszej rundzie, a wówczas będzie szukała poparcia u kandydatów drugiego i trzeciego szeregu – zwłaszcza u technokraty Tihipko. Jeśli dzięki nowo uzyskanemu wsparciu uda się jej pokonać Janukowycza w drugiej turze, wówczas będzie  prawdopodobnie zmuszona pójść na ustępstwa na rzecz nowego partnera, być może nawet oddając mu tekę premiera w nowym rządzie – większościowym, ale wewnętrznie silnie podzielonym. Chyba że zaryzykuje i rozpisze nowe wybory parlamentarne. Być może, na fali zwycięstwa, uda się jej zgromadzić takie poparcie, które pozwoli jej obyć się bez pomocy Tihipki i postawić na stanowisku premiera zaufaną osobę. Ale można też sobie wyobrazić, że Blok Julli Tymoszenko wyraźnie przegra z Partią Regionów, przez co doszłoby na Ukrainie do niewygodnej –z założenia- kohabitacji.

Duet Tymoszenko-Tihipko mógłby okazać się sprawny i sprzyjający stabilizacji, ale w praktyce wiele zależałoby od dopasowania się charakterów obydwojga polityków. Taka konfiguracja byłaby narażona na te same tarcia, co w przypadku relacji Janukowycza z rządem uformowanym przez wewnętrznie zróżnicowaną Partię Regionów oraz otoczenie Juszczenki i Jaceniuka.

Tak czy inaczej, nowe rozdanie i pragmatyzm cechujący głównych aktorów stwarzają szansę na to, że we wszystkich opisanych powyżej przypadkach relacje prezydent-premier przybiorą postać bardziej konstruktywną od tych, które obserwowaliśmy przez ostatnie lata.

Czas na reset?
W UE brak konsensusu co do miejsca Ukrainy w Europie i jej ewentualnego członkowstwa. Unia ma powody do nieufności wobec Ukrainy, po tym, jak w maju 2009 r. Kijów oszukał Brukselę na temat pozornie krytycznej sytuacji w jego sektorze gazowym. Unię może frustrować brak reform na Ukrainie, mimo licznych zapowiedzi wprowadzenia zmian przez Kijów. Ale sporą część winy za zły stan obecnych stosunków dwustronnych ponosi Bruksela, ociągająca się w planowaniu wprowadzenia ruchu bezwizowego dla obywateli Ukrainy, a przede wszystkim wstrzymująca się z jakąkolwiek deklaracją na temat perspektywy akcesyjnej dla Ukrainy.

Panujący obecnie stan wzajemnej nieufności jest na dłuższą metę szkodliwy dla obydwu stron. Dlatego, w przypadku, gdyby wybory faktycznie przełożyły się na stabilizację sytuacji na Ukrainie, wówczas Unia powinna wyjść z inicjatywą „resetu”.  Taka inicjatywa polegałby na uczynieniu „kroku do przodu” przez obie strony. UE postanowiłaby o przyspieszeniu rozmów o porozumieniu stowarzyszeniowym i dałaby jasny sygnał, że perspektywa akcesyjna jest dla Ukraińców otwarta. Natomiast Ukraina musiałaby wówczas przedstawić wiarygodny program reform oraz rozpocząć jego realizację. Jednocześnie, UE i Ukraina powinny wzmocnić dialog z Rosją, nie ustając w próbach przekonania jej, że nie powinna obawiać się rozszerzenia Unii na wschód, bo nie jest ono elementem rywalizacji Rosji i Zachodu o strefy wpływów.

© 2003-2012 Wszelkie prawa zastrzeżone

Technologia i Design MONOGRAM Technologies

to_top