Reklama
Wynik pierwszej tury wyborów prezydenckich na Ukrainie nie przyniósł wielkich niespodzianek. Zgodnie z oczekiwaniami i wynikami publikowanych sondaży przedwyborczych do drugiej tury przeszli: Wiktor Janukowycz i Julia
Tymoszenko. Ich wyniki są jednak bardziej zbliżone niż oczekiwano. Według oficjalnych danych, Janukowycz uzyskał około 35 proc. głosów, a Tymoszenko - około 25 proc. Jednak wyniki trzech kolejnych kandydatów Serhija Tyhipki (13 proc.), Arsenija Jaceniuka (7 proc.) oraz prezydenta Wiktora Juszczenki
(ponad 5 proc.) wskazują, że w II turze wyborów, która odbędzie się 8
lutego, większe szanse ma Tymoszenko. Wprawdzie trzej wspomniani kandydaci
nie zadeklarowali, kogo poprą w II turze, ale można oczekiwać, że ich
elektoraty będą raczej skłonne głosować na Tymoszenko. Wydaje się, że
Janukowycz, między innymi ze względu na swoją mało chwalebną kryminalną
przeszłość, ma pewną barierę poparcia, której nie uda mu się przekroczyć, a
zatem większe szanse na rozszerzenie swojego elektoratu ma obecna premier.
Ale można się spodziewać zaciętej walki o głosy wyborców i zwycięstwa
jednego z kandydatów ze stosunkowo niewielką przewagą głosów, co może
stanowić dużą pokusę manipulacji wynikiem.
Pomimo, że pierwsza tura wyborów przebiegła spokojnie, szczególnie jeśli
pamięta się o tym, co działo się 5 lat temu, istnieją uzasadnione obawy czy
II tura będzie uczciwa, czy nie będzie dochodziło do nadużyć, czy któryś z
kandydatów nie będzie próbował nielegalnymi metodami wpływać na wynik
głosowania. Już teraz pojawiło się kilka problematycznych kwestii, jak
możliwość głosowania w domu, w przypadku którego występuje pewien potencjał
nadużyć. Podobnie ma się sprawa z listami wyborców, na które bardzo łatwo
było się dopisać, co mogło umożliwić kilkakrotne oddawanie głosu w różnych
okręgach. Nie wydaje się by skala nadużyć w pierwszej turze była na tyle
duża, żeby podważyć ogłoszoną przez Komisję Wyborczą kolejność kandydatów.
Natomiast jeśli chodzi o samą liczbę głosów, nasuwają się pewne wątpliwości,
które potęguje zamieszanie wokół wyników sondaży, przeprowadzanych w
lokalach wyborczych, tzw. exit pools. Rozbieżności między nimi dotyczyły
właśnie poparcia dla zwycięzcy pierwszej tury, podczas gdy wyniki dla
pozostałych kandydatów były we wszystkich sondażach dość zbliżone. Pięć lat
temu, kiedy wyniki exit poll stały się istotnym argumentem na rzecz
powtórzenia wyborów, Gleb Pawłowski, kremlowski "technolog polityczny"
doradzający obozowi Janukowycza, zauważył, że "nie nauczyliśmy się
kontrolować exit polls". W tym roku co najmniej trzy z firm, które taki
sondaż przeprowadziły lub zamówiły, były powiązane ze zwycięskim kandydatem,
co może wskazywać, że lekcja z 2005 roku została odrobiona. Dlatego w II
turze, kiedy poparcie dla obu kandydatów będzie zbliżone, może dojść do
zdarzeń o wiele bardziej dramatycznych niż w pierwszej.
Wielkim przegranym wyborów jest już teraz obecny prezydent Wiktor
Juszczenko, którego wyborcy negatywnie rozliczyli za zmarnowanie szans
pomarańczowej rewolucji sprzed pięciu lat. To na niego, a nie na Tymoszenko,
spada - zdaniem wyborców - główna wina za zaprzepaszczone nadzieje na rozwój
kraju i zbliżenie do Europy. Wszystkie negatywne dla prezydenta sondaże się
potwierdziły. Bardzo istotne jest teraz to, jak zachowa się prezydent - czy
będzie kwestionował wyniki i atakował wszystkich innych kandydatów, a
szczególnie Julię Tymoszenko, czy spróbuje odejść z twarzą. Znając
dotychczasowe działania prezydenta, bardziej prawdopodobny wydaje się ten
pierwszy scenariusz. Wiele może zależeć również od tego, gdzie skierują
swoje głosy jego zwolennicy, niezależnie od zachowania samego Juszczenki.
Jeśli chodzi o kwestię unijnej perspektywy Ukrainy, najważniejsze jest, aby
wybory - szczególnie rozsztrzygająca II tura - uznane były za uczciwe i
przejrzyste; aby nie doszło do poważnych kontrowersji co do wyniku, a nowy
prezydent posiadał solidny mandat demokratyczny. Już teraz zresztą (pomimo
sformułowanych powyżej wątpliwości) widać, że Ukraina odstaje od innych
krajów tzw. obszaru post-sowieckiego zdecydowanie na korzyść pod względem
rozwoju demokracji. Szczególnie korzystnie wybory na Ukrainie kontrastują z
sytuacją w Rosji, w której ograniczane są prawa i swobody obywatelskie,
opozycja poddawana jest represjom, a wyniki wyborów z góry przesądzone.
Komentatorzy, którzy piszą, że porażka pomarańczowych to "sukces Rosji",
powinni rozważyć, czy nie jest to czasem pyrrusowe zwycięstwo. Na tle
demokratycznych swobód, z których korzystają Ukraińcy, tym wyraźniej widać
autorytarny charakter reżimu rosyjskiego.
Uczciwy charakter wyborów jest dziś chyba ważniejszy od tego, kto będzie
ostatecznym zwycięzcą wyborów. W II turze obserwować będziemy ostrą walkę o
władzę, ale z punktu widzenia Polski i Europy wybór nie jest tak
jednoznaczny jak pięć lat temu. Obecnie można oczekiwać, że oboje
kandydatów, przynajmniej na początku, będą prowadzić politykę
dwukierunkowości, utrzymując równowagę między Unią Europejską i Rosją. Można
mieć nadzieję, że po ewentualnym zwycięstwie Janukowycz nie będzie
prezydentem całkowicie prorosyjskim, ale będzie próbował kontynuować kurs
zbliżenia z Unią Europejską. Pytanie na ile się to uda. Wydaje się, że z
punktu widzenia europejskich szans Ukrainy nieco lepszym kandydatem jest
Tymoszenko. Jednak zwycięstwo Janukowycza, przy zachowaniu przez niego
proeuropejskiego kursu w polityce zagranicznej, może stanowić silny argument
na rzecz przezwyciężenia podziałów ukraińskiego społeczeństwa z czasu
pomarańczowej rewolucji i tego, że "europejski wybór Ukrainy" opiera się o
prawdziwy konsens głównych sił politycznych tego kraju.
* Dr Jacek Kucharczyk - prezes Zarządu Instytutu Spraw Publicznych, podczas I
tury wyborów na Ukrainie przebywał w Kijowie, gdzie obserwował
przeprowadzanie exit polls.







