Reklama
Biorąc pod uwagę koncyliacyjny charakter Unii, często skutkujący podejmowaniem decyzji w oparciu o najniższy wspólny mianownik, wybór Hermana van Rompuy i Catherine Ashton na “prezydenta” i “minister spraw zagranicznych” UE to całkiem dobra wiadomość. Obydwojgu powinniśmy dać szansę, aby pokazali, co potrafią, zamiast z góry spisywać ich na straty i określać jako marne substytuty gwiazd typu Tony Blair czy Carl Bildt.
Van Rompuy i Ashton nie są politycznymi nowicjuszami. Mogą pochwalić się osiągnięciami zarówno w polityce krajowej, jak i na scenie unijnej. Van Rompuyowi udało się to, co niemożliwe: stworzył dobrze funkcjonujący rząd w targanej konfliktami Belgii. Z kolei Ashton odegrała kluczową rolą w uchwaleniu Traktatu Lizbońskiego przez brytyjską Izbę Lordów. Obydwoje są w Europie szanowani i wykazali się zdolnościami organizacyjnymi oraz uporem w dążeniu do celu, co będzie potrzebne na obydwu stanowiskach. Przy odrobinie szczęścia może się jeszcze okazać, że nie brak im charyzmy.
Tak więc argument, że świat nigdy o nich nie słyszał i dlatego nikt, a zwłaszcza Ameryka, Rosja czy Chiny, nie będzie ich brał poważnie to oznaka typowego europejskiego czarnowidztwa i braku wiary. Tymczasem, inni nie mają takich dylematów. Czy Barack Obama był wielkim ekspertem od spraw międzynarodowych zanim został prezydentem? A jednak, z tego co mogliśmy zaobserwować chociażby w czasie jego niedawnej wizyty w Azji, jego skromne międzynarodowe doświadczenie nie przeszkadza mu w zajmowaniu wyraźnego stanowiska w wielu istotnych sprawach czy nawiązaniu równorzędnej rozmowy z “doświadczonymi” graczami.
W pewnym sensie, tęsknota za gwiazdorskimi przywódcami znamionuje chęć zasłonienia ubogiej substancji efektowną formą. Jednakże to, czy Europa będzie traktowana poważnie, zależy od tego, czy będzie w stanie mówić jednym głosem i trafnie określać swoje priorytety. Jeżeli tak się stanie, to prezydenci Chin, Stanów czy Rosji szybko okażą należny szacunek van Rompuy’owi i Ashton, a świat nauczy się ich nazwisk. Jeśli natomiast Europa pozostanie podzielona, zdezorientowana i nie przyjmie do wiadomości tego, że świat się zmienia, nawet gwiazdorstwo Tony Blaira nie ochroni jej przed utratą znaczenia w świecie.








