Reklama
Traktat Lizboński nie wszedł jeszcze w życie, tymczasem w pełni trwa już walka o nowe stanowiska i instytucje. Traktat przewiduje np. powstanie Europejskiej Służby Zagranicznej. Największe Państwa UE - w tym m.in. Niemcy, Francja i Wielka Brytania – pragną by nowy aparat podlegał bezpośrednio pod Radę.
Parlament chce temu zapobiec, gdyż w przeciwnym razie nie miałby żadnej kontroli nad liczącą 5000 osób unijną dyplomacją. Eurodputowany Elmar Brok (CDU/EPL) opracował projekt raportu, według którego EAD miałaby być częścią struktur Komisji Europejskiej finansowaną z budżetu UE, a przez to podlegałaby kontroli parlamentarnej.
EAD zgrupuje dotychczasowe przedstawicielstwa UE pod jednym dachem i będzie kierowana przez szefa unijnej dyplomacji. Stanowisko to, określane oficjalnie jako Wysoki Przedstawiciel Unii ds. Politiki Zagranicznej i Bezpieczeństwa, zarezerwowali dla siebie europejscy Socjaliści (PASD). Na kwestię tę inny pogląd ma Europejska Partia Ludowa. Obie największe frakcje parlamentu są jednak zgodne, przy jakiej instytucji EAD powinna zostać umocowana.
„Ważne jest dla UE, by służba dyplomatyczna nie podlegała radzie“, stwierdziła wiceprzewodnicząca parlamentu Dagmar Roth-Behrendt (SPD/PASD). Tylko w ten sposób - jej zdaniem - można zagwarantować, że UE prowadzić będzie jednolity kurs we Wspólnej Polityce Zagranicznej i Bezpieczeństwa i nie będzie podlegać wpływom poszczególnych krajów. Według Roth-Behrendt problemem jest też fakt, że w projekcie budżetu na 2010 r. na potrzeby EAD nie zaplanowano ani jednego eurocenta.
Także frakcja ALDE, która krytykuje niektóre aspekty propozycji Broka, opowiada się za parlamentarną kontrolą nad EAD. „Parlament musi koniecznie sprawować kontrolę nad tą nową służbą, zwłaszcza jeśli chodzi o jej budżet”, podkreślił brytyjski europoseł Andrew Duff, rzecznik Liberałów w komisji ds. konstytucyjnych.
Głosowanie w sprawie propozycji Broka odbędzie się w przyszłym tygodniu. (tmw) 











