Reklama
Do wczoraj ludzie stali po 9-13 godzin w kolejce przed Pałacem Prezydenckim, by oddać hołd zmarłemu Prezydentowi i jego Małżonce. - Dlaczego dopiero teraz dowiadujemy się, że był skromnym, dobrym i uczciwym człowiekiem? – pytała jedna z kobiet.
Pośmiertne zwycięstwo
Telewizje z całego świata zwracają się do TVP z prośbą o film „Katyń” Andrzeja Wajdy i materiały dokumentacyjne dotyczące tego mordu sprzed 70 lat. Rosyjski prezydent Dimitrij Miedwiediew wyraźnie przyznał, że winę za tę masakrę ponosi Józef Stalin. Czy są to pierwsze owoce tej wielkiej polskiej tragedii? Prezydent Kaczyński mawiał, iż dopóki istnieje kłamstwo dotyczące Katynia, nie będzie poprawnych stosunków między Polską i Rosją. Teraz o Katyniu wiedzą wszyscy – i Polacy, i Rosjanie, i cały świat.
Szansa na polsko-rosyjskie pojednanie?
Rosyjski prezydent przybył na pogrzeb Pary Prezydenckiej do Krakowa. Ze strony premiera Władimira Putina widzieliśmy wiele ludzkich, serdecznych gestów. W Rosji są rzesze ludzi wyrażających swoje współczucie, a w Polsce wielu, którzy potrafią to docenić. – Jest to dramat powiązany z nadzieją – mówił dziś prof. Karol Musioł, rektor z Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Katyń piętnaście lat temu
Pamiętam, jak wiosną 1995 roku pojechałam wraz z fotografem, by przygotować dla tygodnika „Wprost” reportaż o Katyniu. Rozmawialiśmy z Rosjanami w Gniezdowie - gdzie znajduje się mały dworzec kolejowy, na który przywożono polskich oficerów - a także w innych małych wioskach w pobliżu Lasu Katyńskiego. Większość z nich została przesiedlona w te rejony dopiero po wojnie. Wiedzieli, co skrywa okoliczna ziemia, ale bali się o tym rozmawiać - cztery lata po upadku Związku Radzieckiego, za prezydentury Borysa Jelcyna. Gdy w wiosce rozeszła się wiadomość, że przyjechało dwoje Polaków i pytają o zamordowanych rodaków, Rosjanie zaczęli nas unikać, oddalali się pospiesznie, zamykali drzwi swych domów.
Z trudem znaleźliśmy świadka tamtych wydarzeń, 60-letnią Rosjankę. Poszła z nami na dworzec w Gniezdowie i pokazała miejsce, z którego jako 5-latka przyglądała się dziwnym konwojom. W pamięci utkwiły jej wyzierające z wagonów wyczerpane, brudne, nieogolone twarze mężczyzn. Mimo upływu tylu lat wciąż bała się tych wspomnień i prosiła, by w tekście zmienić jej imię.
Miesiąc później, w czerwcu 1995 roku, kamień węgielny pod Polski Cmentarz Wojenny w Katyniu wmurował prezydent Lech Wałęsa. Na te uroczystości wraz w grupą dziennikarzy leciałam razem z nim, rządowym Tupolewem.
Pani Ania
Na pokładzie feralnego lotu 101 do Smoleńska było wiele osób, z którymi dane mi było się kiedyś spotkać, wymienić choć kilka słów. Była wśród nich Anna Walentynowicz, nazywana „Matką Solidarności”. Doceniona i odznaczona dopiero przez prezydenta Kaczyńskiego, niezłomna suwnicowa z Huty im. Lenina w Gdańsku. To jej zwolnienie z pracy latem 1980 roku wywołało strajk, który utorował drogę do Sierpnia 1980 roku.
O zapomnianej bohaterce pamiętał jeszcze ktoś inny – niemiecki reżyser Volker Schloendorff, który na podstawie jej biografii nakręcił kilka lat temu film. Gdy „Strajk” był gotowy, jego niemiecki producent zaprosił Annę Walentynowicz na prywatną premierę. Ona z kolei zaprosiła nieduże grono swoich przyjaciół i znajomych. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności mogłam wziąć w tym udział. Widziałam, jak niemiecka aktorka przekonująco odgrywała upór i determinację swej bohaterki. Potem w sali kinowej zapalono światła i niemiecki producent uśmiechnął się do Anny Walentynowicz, pytając, jak jej się ten film podoba.
Starsza pani wstała i, tak jak przed chwilą jej odtwórczyni na ekranie, tak teraz ona, z uporem i determinacją, broniła swych racji. Już wcześniej, w trakcie kręcenia tego filmu, nie zgadzała się m.in. na to, żeby jej filmowy syn był zomowcem, żeby na spotkaniach Wolnych Związków Zawodowych lała się wódka. Ani Schloendorff, ani scenarzyści jej uwag nie uwzględnili. – Tak nie można, tak nie było, to nieprawda! – mówiła donośnym głosem Walentynowicz. Producent próbował jeszcze coś tłumaczyć wymogami dramaturgii, ale ona wiedziała swoje. Jeszcze raz pokazała swój charakter, za który jedni ją kochali, inni nienawidzili.
Takich bohaterów, czasami zapomnianych, czasami niedocenianych, a czasami nieznanych, na pokładzie tego lotu było więcej. Starajmy się o Nich pamiętać, bo stanowią istotną część naszej historii.
Maria Graczyk











