Reklama
Nowy premier jest z wykształcenia historykiem, w latach 2004-2007 był ministrem spraw zagranicznych. Spekulowano, że w skład rządu Ungureanu nie wejdzie nikt z poprzedniego gabinetu. W rzeczywistości aż 8 z 17 ministrów pozostało na swoich stanowiskach. Są to ministrowie bezpartyjni lub należący do Demokratycznego Związku Węgrów w Rumunii (UDMR) lub Narodowego Związku na rzecz Postępu Rumunii (UNPR). Nowymi twarzami obsadzono natomiast ministerstwa należące do większościowej Partii Demokratyczno-Liberalnej (PD-L).
Jak podaje Mediafax, średnia wieku nowych ministrów wynosi 38 lat. Prezydent Traian Basescu skomentował to stwierdzeniem, że wiek ministrów jest najlepszym dowodem na to, że w klasie politycznej przyszedł czas na zmiany. Najmłodszym członkiem rządu jest 31-letni minister finansów. Według dziennika Adevărul, jest on jednym z najlepiej rokujących, rumuńskich finansistów. Ukończył z wyróżnieniem Uniwersytet Tuftsa Fletchera w Bostonie, USA, gdzie specjalizował się w stosunkach międzynarodowych i ekonomii. Jego głównym sukcesem zawodowym było wypuszczenie obligacji państwowych poza granicami kraju. Dzięki ich sprzedaży, ministerstwo finansów pożyczyło na amerykańskich rynkach finansowych 1,5 miliarda dolarów na 6,875 procent.
Tylko trzech z nowych ministrów jest bezpartyjnych. Tym samym wysuwany od początku protestów postulat środowisk związanych z partiami opozycyjnymi o stworzenie bezpartyjnego rządu technokratów nie został wzięty pod uwagę. Liderzy opozycji komentują, że premier, który staje na czele partyjnego rządu nie może być traktowany jako niezależny. Ponadto rumuńska prasa krytykuje przedstawiony przez nowego premiera program działania rządu jako mało konkretny. Podaje on cele, które są dla wszystkich oczywiste, tj. zwiększenie wynagrodzeń, przyciągnięcie inwestycji zagranicznych, walka z bezrobociem, a nie precyzuje środków, jakimi zostaną one osiągnięte.
Były minister spraw zagranicznych w rządzie Boca i wiceprzewodniczący PD-L, Teodor Baconschi zauważa, że czwartek był przełomowym dniem dla ewolucji Rumunii oraz, że zaprzysiężenie rządu Ungureanu rozpocznie nową erę polityczną. Z drugiej strony, redaktor naczelny dziennika Gândul podkreślił, iż zmiana gabinetu jest zabiegiem mającym na celu przede wszystkim „podciągnąć, o tyle, o ile się da, wizerunek PD-L przed wyborami”. Wybory parlamentarne planowane są na jesień tego roku.
Wprowadzona przez poprzedni gabinet polityka oszczędnościowa, która doprowadziła do publicznych protestów, była zabiegiem koniecznym, aby uchronić państwo rumuńskie przed sytuacją, z którą boryka się dzisiaj Grecja. Po roku 1989 w Rumunii przestał istnieć rodzimy przemysł. Cała produkcja znajduje się rękach zagranicznych inwestorów, zaś poziom usług jest dość niski. Przy takiej strukturze gospodarki, sztucznie wywindowanych po wejściu do UE cenach nieruchomości oraz wciąż istniejącej, ogromnej szarej strefie państwo musiało stanąć przed wyborem: bankructwo lub cięcie wydatków.
Gabinet Ungureanu został powołany na okres około 9 miesięcy. Mimo iż ma on olbrzymi potencjał, do końca kadencji zostało za mało czasu, by realnie móc ocenić jego prace. To za krótko również, by przeprowadzić jakiekolwiek istotne reformy. Można mieć tylko nadzieję, że pomoże on zaprowadzić względną stabilizację w kraju i wyprowadzi go z paraliżu decyzyjnego, w jakim tkwi on już od kilku miesięcy. (do)










