Reklama
Świat nie będzie już taki sam, bo mamy do czynienia z nowym zjawiskiem – wschodzącym, a raczej powracającym mocarstwem skłonnym do użycia siły dla zagwarantowania swoich interesów. Zachód nie jest na to gotowy. Administracja prezydenta Busha skupiła całą swoją uwagę na wojnie z terroryzmem ekstremistów islamskich. W tej krucjacie osiąga zresztą bardzo przyzwoity rezultat, powstrzymując arabskich mocodawców al-Kaidy i innych skrajnych ugrupowań od popierania i finansowania ich działań. Amerykanie skutecznie nie dopuszczają jednak myśli o innym fundamentalnym zagrożeniu. Nawet w rozmowach polsko-amerykańskich w sprawie tarczy antyrakietowej było widać, że dla Waszyngtonu Rosja nie jest głównym bólem głowy. Wojna w Gruzji zasieje w tej sprawie pewnego rodzaju ferment.
Oczywiście Prezydent Saakaszwili nie jest świętoszkiem, a w jego ocenie nie można zatracić poczucia realizmu. Autor i główny bohater „rewolucji róż” z 2003 roku, wierzy przede wszystkim we własną nieomylność. Zachowuje się jak geopolityczny narcyz, który podjął walkę „o duszę i sumienie” świata zachodniego. Doskonale wiedział z jaką odpowiedzią ze strony Rosji spotka się jego reakcja na incydenty w Osetii Południowej, które były punktem zapalnym dla obecnego konfliktu. Nie miał wątpliwości, że pomimo zaangażowania 130 amerykańskich wojskowych, armia gruzińska nie jest w stanie stawić czoła światowemu mocarstwu. Nie do końca zresztą próbował to zrobić, zostawiając w nienaruszonej postaci tunel w Roki, przez który Rosjanie mogli wprowadzić swoje wojska.
Saakaszwili wiedział także, że interweniując w Osetii nie pomoże doraźnie perspektywie przyjęcia Gruzji do NATO, ale za to wstrząśnie wygodnickim Zachodem i sprawi, że sprawa gruzińska stanie się testem jego skuteczności. Saakaszwili wywołał Stany Zjednoczone i Unię Europejską do tablicy. Co do reakcji Rosji nie przeliczył się w żadnym stopniu. Ataki na ludność cywilną, próby zbombardowania ropociągu prowadzącego z Baku do Turcji, czy blokada morska pokazały Rosję jako brutalnego agresora. Sam Saakaszwili, świetną angielszczyzną komentował to wszystko na żywo w BBC i CNN, siedząc na tle flagi gruzińskiej i europejskiej. Sympatyczny, przystojny i – mimo dziejących się w jego kraju dramatów - uśmiechnięty Saakaszwili wydawał się być „jednym z nas”, zwłaszcza w zestawieniu z bezbarwnym Miedwiediewem i pełnym złości Putinem.
Zachód od dawna zakładał, że sytuacja w Abchazji i Osetii Południowej może wymknąć się spod kontroli. Ostatnio liczono jednak, że zmęczenie obu stron patową sytuacją doprowadzi je do stołu negocjacyjnego. Plan Unii Europejskiej był taki, aby sukcesywnie zwiększać swoją obecność w regionie, z możliwością wysłania sił pokojowych do Abchazji i Osetii Południowej. Wierzono, że uda się ten cel osiągnąć za przyzwoleniem Rosji, której konflikt na Kaukazie będzie coraz bardziej doskwierać w perspektywie igrzysk olimpijskich w 2014 roku w Soczi, ulubionym kurorcie Putina, leżącym o rzut beretem od Abchazji.
UE może czuć się lekko oszukana przez prezydenta Miedwiediewa, który na czerwcowym szczycie europejsko-rosyjskim dawał pozytywne sygnały w sprawie „zamrożonych konfliktów” na Kaukazie. Europejscy dyplomaci czuli delikatny wiatr w żaglach. Miedwiediew wybrał jednak rolę cienia Putina i niezawodnie „zameldował wykonanie zadania” swojemu mocodawcy. Z punktu widzenia polityki międzynarodowej, jest największym przegranym obecnego konfliktu. Nic nie wskazuje też na to, aby wojna z Gruzją miała w Rosji prowadzić do wewnętrznych przewartościowań. Przynajmniej nie na razie. Sprowokowana, czy nie sprowokowana, Rosja jako mocarstwo powinna wiedzieć lepiej jak ma postąpić. Noblesse oblige. Po raz kolejny jednak okazała się zakładnikiem swej urażonej dumy i własnoręcznie pokazała „co w jej duszy gra” i czym jest dzisiaj, na początku dwudziestego pierwszego wieku. Dla nikogo w cywilizowanym świecie nie jest to obraz atrakcyjny.
Zachód zareagował tak jak trzeba, wyrażając w sposób jednoznaczny swój punkt widzenia, a jednocześnie nie zamykając przed Rosją drogi do opamiętania się i rozumu. Nikomu z liczących się przywódców nie zadrżał głos, nigdzie nie pojawiły się sentymenty, nie licząc kurczącego się grona doktrynalnych rusofilii w Berlinie i Rzymie. Pokolenie Chiraka i Schrödera odeszło w niepamięć, a wspomnienie kumoterskich godzin spędzanych z Putinem w saunie budzi dzisiaj w Europie powszechny niesmak.
Doraźnym celem jest teraz ostudzenie emocji, powstrzymanie dalszego rozlewu krwi i rozpoczęcie rozmów. Strategicznie chodzi powinno zaś o to, by pokazać, że z Zachodem i zasadami, którym hołduje nie można zadzierać. Pomimo swoich niedoskonałości i ognistego temperamentu jej prezydenta, Gruzja jest od teraz „geopolityczną częścią Zachodu”. Jej aspiracje europejskie i euroatlantyckie muszą znaleźć bardziej realny wymiar. Paradoksalnie równie istotnym celem jest, aby rozpocząć poważną refleksję nad tym jak wyhamować rosyjski zadziorny, pozbawiony skrupułów nacjonalizm. Jak uratować Rosję przed nią samą? Pomimo emocji, jakie nam dzisiaj towarzyszą, droga do celu nie wiedzie poprzez pokazanie Rosji „gdzie raki zimują”, choć okazja jest kusząca. Zachód musi wiedzieć jak wyzwolić się z nadmiernego uścisku z Rosją, nie paląc jednocześnie wszystkich mostów, bo jest to tak samo nierealne jak pozbywanie się chińskich komputerów czy t-shirtów.
Rzadko ostatnio spotykany romans rządu i prezydenta w sprawie konfliktu rosyjsko-gruzińskiego jest odświeżający i ważny. Trzeba go pielęgnować. Po czasach groteski, w stosunkach „na szczycie” zapanowała nareszcie poważna refleksja. Oby tylko rządu i prezydenta nie połączyły jedynie zasłużone kalumnie pod adresem Moskwy. Z Rosją trzeba wygrać rozumem, a nie ciętością języka.
*Autor jest prezesem demosEUROPA - Centrum Strategii Europejskiej.











