Reklama
Dyskusje nad przyszłością polskiej polityki spójności po roku 2013 powoli się rozpoczynają w UE. Gdzie Pan upatruje piorytetów tej polityki?
(...) Do tej pory mieliśmy dwie równoległe strategie, jedna zmniejszała dysproporcje w infrastrukurze, dostępości tego, co jest związane z warunkami życia (woda, drogi, itd.) To jest ważne dziś, i jutro również będzie ważne dlatego, że sieć infrastruktury, która jest zła dziś, będzie również szwankowała w przyszłości. To się odnosi zarówno do nowych państw członkowskich, jak i do starych. Często myślimy, że nasza infrastruktura jest kiepska, ale zdarza się, że przychodzi kolega z zachodniego państwa i mówi „my też nie zrobiliśmy tego i owego“ (tzn. w niektórych częściach naszego państwa tak, ale w innych jeszcze nie). Jest to więc pierwsza strategia.
Druga zakłada, że redukcja dyspoporcji związana jest z możliwością bycia bardziej atakcyjnym, a więc wzmacnia ona konkurencyjność. Pozostaje pytanie, czy poruszamy w tym momencie sprawy dotyczące interwencjonizmu czy protekcjonalizmu - gdy dajemy fundusze małym i średnim przedsiębiorstwom? Nie ma tego problemu, gdy finansujemy całą gałąź. Gdy chronimy nowo powstałe pomysły, innowacje MŚP, pomagamy im się utrzymać na rynku lub na nim zaistnieć, jest to w porządku. Przypomina to działania po II wojnie światowej, który pamiętamy pod nazwą planu Marshalla. Pomóżmy wszystkim wejść na rynek, a później sami muszą sobie radzić z problemami. (…)
Być może będziemy musieli się skoncentrować na wielkich miastach oraz na ich otoczeniach, weźmy za przykład Pragę i jej otoczenie. Być może będziemy się musieli skoncentrować na jednej z rzek przepływającej poprzez terytoria dwóch państw; konieczość przyjęcia wspólnego programu dla rzeki jako jednej całości nie powinna podlegać dyskusji. Być może przygotujemy program dla jednego regionu, a może dla paru regionów dlatego, że nęka je jeden i ten sam problem. Cóż to wszystko znaczy? Oznacza to, że prawdopodobnie będziemy musieli zreorganizować wszystko, co jest połączone z zarządzaniem, zarządzaniem autoretytami, gdyż będzie inny problem. Będzie nam potrzebna bliska wpółpraca pomiędzy różnymi rodzajami ciał administracyjnych, miast, regionów, stanów, Unii Europejskiej, czy różnymi regionami. To będzie ostateczna pora, by się poważnie wziąć za sprawy współpracy międzygranicznej – nie symbolicznie, lecz na poważnie. Już zaczeliśmy stawiać czoła tym wyzwaniom, a będziemy musieli to robić coraz częściej.
Dlatego właśnie sądze, że po roku 2013 polityka spójności wciąż będzie ważna, ponadto kryzys gospodarczy nadaje ważną rolę tej polityce; staje się ona coraz ważniejsza. Ta polityka będzie wymagać nowych metod – bardziej otwartych, elastyczniejszych i bardziej opartych na wzajemnym zaufaniu. Konieczne jest tu wzajemne zaufanie, by nikt nikogo nie musiał pilnować.
Czy chodzi Panu o elastyczność w zakresie zmiany piorytetów podczas okresu programowego?
Mogę przytoczyć idealny przykład, który przybliży mój punkt widzenia. Dyskutowaliśmy w Parlamencie Europejskim nad problemem, który wynika z nowych możliwości, które były wówczas przygotowywane przez Komisje. Gdy spytałem reprezentantów Komisji: Czy będą zmiany w sprawie programów operacyjnych podczas tego okresu? Odpowiedź, którą otrzymałem, była interesująca: “Programy operacyjne nie miały być dokładne, miały za to być bardzo otwarte. Na tyle otwarte, że nie będzie trzeba ich dostosowywać.“ To jest właśnie zmiana filozofii, bo kilka lat temu Komisja Europejska wymagała jak najwięcej szczegółów. Teraz nastąpiła zmiana. Bardzo trudno się zmienia szczegółowo określone rzeczy. Zagadnienia otwarte mają to do siebie, że zmiany są łatwe do przeprowadzenia, ale występuje problem zaufania – ja ufam Tobie, Ty dostajesz pieniądze, Ty działasz zgodnie z Twoimi priorytetami, możesz zmienić swój program itp. To jest zmiana strategii i to jest pozytywne. Jest o wiele lepiej, gdy korzystający z funduszy będą mogli sami wprowadzać zmiany, nie czekając siedem lat na jakąkolwiek zmianę. To będzie, mam nadzieję, nowa cecha tej polityki.
Obecnie, największym problemem beneficjentów jest bardzo szczegółowa administracja projektów…..
Tak, nie sądzę, że to nadal jest konieczne. To zabiera czas, tworzy utrudnienia i powstaje problem mierzenia efektywności. Bardzo często mamy tendencję do mierzenia poprawności, a nie efektywności. Możemy wyobrazić sobie postępowanie, które jest całkowicie zgodne z procedurami, lecz jego efektywność jest bardzo słaba. Czyli wyniki są nie najlepsze.
Ale mamy kilka przykładów bardzo wydajnych polityk, dotyczących np. wykorzystania innowacji. Innowacja jest z definicji ryzykowna. Nie ma innowacji bez ryzyka. To co jest innowacyjne, jest ryzykowne, istnieją błędy. Jeżeli traktuje się błędy jako karygodne – tym samym zniechęca się ludzi do wprowadzania innowacji. Należy wziąć pod uwagę fakt, że jeśli coś jest innowacyjne, to jest ryzykowne. Wówczas musimy mieć margines bezpieczeństwa i nie karać ludzi za popełnione błędy. Ponownie, to wymaga zmiany filozofii.
Nie powinniśmy kontrolować wszystkiego, na każdym poziomie, ponieważ takie działanie odniesie odwrotny skutek. Wywoła obawę, w wyniku której lepiej będzie wykonać coś prostego, nieskomplikowanego, nie innowacyjnego, po prostu bez problemu. To jest powód, dla którego wymagana jest zmiana. Oczywiście nadzór jest konieczny, ale taki, który pozwala pracować i rozróżnia błędy od oszustw.
Każdy może popełnić błąd, chociaż nie powinien, lecz oszustwo jest zawsze negatywne. Błędy są wynikiem niezrozumienia albo złych procedur. (tłum. bek)













