Reklama
Politycy zdają sobie sprawę, że ten kolejny zastrzyk finansowy dla pogrążonej w długach i kryzysie Grecji pomoże jej załatać najbliższe dziury budżetowe, ale raczej nie ożywi znajdującej się w marazmie gospodarki. Ministrowie zgodzili się, jak informuje EurActiv.com, by w 2020 roku dług publiczny osiągnął poziom 120,5 procent PKB (a nie 120 procent, jak zakładano wcześniej). Obecne zadłużenie Grecji to 160 procent PKB (350 mld euro).
Podjęta dziś rano w Brukseli decyzja odsuwa groźbę niekontrolowanego bankructwa Grecji i ponownie stabilizuje strefę wspólnej waluty. „Uzgodniliśmy daleko idącą umowę dotyczącą nowego greckiego programu oraz zaangażowania sektora prywatnego, co doprowadzi do istotnego zmniejszenia długu, (...) ma to zabezpieczyć przyszłość Grecji w eurozonie” – mówił szef eurogrupy, premier Luksemburga, Jean-Claude Juncker.
W zamian za pomoc tzw. trojka, czyli Komisja Europejska, Europejski Bank Centralny i Międzynarodowy Fundusz Walutowy zobowiązały Grecję do wprowadzenia pakietu oszczędnościowego. Przewiduje on m.in. cięcia budżetowe, likwidację dużej liczby miejsc pracy w sektorze publicznym i obniżki pensji minimalnej o 22 procent. Tegororoczne oszczędności Aten mają wynieść 325 milionów euro.
Drugą już pomoc dla Grecji, poprzednią w wysokości 110 mld euro przyznano dwa lata temu, grupa euro miała przyznać już kilka tygodni temu. Bez tego zastrzyku finansowego kraj mógłby już w przyszłym miesiącu zbankrutować - 20 marca przypada termin wykupu greckich obligacji o wartości ok. 14,4 mld euro, a Ateny tych pieniędzy nie mają.
Polski minister finansów podkreślał wczoraj wieczorem, że uzgodnienie drugiego pakietu pomocy dla Grecji jest obecnie "kluczową kwestią". „Gospodarka europejska nie jest jeszcze na tyle silna, by igrać z pomysłem, że można sobie pozwolić na to, by Grecja zbankrutowała” - mówił Rostowski w Brukseli. (mg)












