Visegrad EU portals : EurActiv.pl | EurActiv.hu | EurActiv.cz | EurActiv.sk |
Logo EurActiv.sk
  • O nas
  • Newsletter

Reklama

Wybory do Parlamentu Europejskiego - czerwiec 2009

Ostatnia aktualizacja: 08.07.2009
Frakcje w Parlamencie Europejskim, w tym europejscy konserwatyści, socjaldemokraci i prawdopodobnie także liberałowie, przygotowują się do ponownego postawienia na czele Komisji Europejskiej dotychczasowego przewodniczącego Jose Manuella Barroso. Ma to nastąpić jesienią, gdy tylko spełni on polityczne życzenia tych partii, dowiedział się ze źródeł partyjnych portal EurActiv.

Reklama

Mimo że kompetencje Parlamentu Europejskiego od czasu pierwszych europejskich wyborów trzydzieści lat temu wciąż rosły, to frekwencja wyborcza konsekwentnie spadała. Stawia to pod znakiem zapytania zdolność unijnych polityków do zmobilizowania  obywateli swoich państw do udziału również w najbliższych wyborach do PE.

Eurowybory w Polsce  wygrała Platforma Obywatelska z wynikiem 44,43 proc. zdobywając 25 miejsc w Parlamencie Europejskim – poinformowała 8.06.2009 r. Państwowa Komisja Wyborcza (PKW).  Według oficjanych wyników podanych przez PKW, na drugim miejscu znalazło się Prawo i Sprawiedliwość z 27,40 proc. poparciem (15 mandatów), na trzecim koalicja Sojusz Lewicy Demokratycznej – Unia Pracy z wynikiem 12,34 proc. (7 mandatów) i – jako ostatnie ugrupowanie powyżej progu wyborczego –  koalicjant Platformy w rządzie - Polskie Stronnictwo Ludowe, które zdobyło 7,01 proc.  i 3 mandaty w unijnym zgromadzeniu  Frekwencja wyborcza wyniosła 24,53 proc.

Zwycięstwo Platformy, porażka Libertas – wynika z ostatnich przedwyborczych sondaży. Według badania Instytutu Homo Homini, zrealizowanego dla „Dziennika” i Polsat News, Platforma Obywatelska może zdobyć połowę (25) wszystkich polskich mandatów w Parlamencie Europejskim. Drugie miejsce, z poparciem 25 proc. zajmuje Prawo i Sprawiedliwość, co daje tej partii 14 miejsc w europarlamencie. Kolejne miejsca to SLD-UP z poparciem 13 proc. (7 mandatów) oraz PSL – 8 proc. poparcia, 4 mandaty.

Podobny rozkład głosów uzyskano także w badaniu przeprowadzonym przez SMG/KRC na zlecenie "Faktów" TVNPięcioprocentowego progu wyborczego nie przekroczy Prawica RP, Centrolewica, Samoobrona, UPR, Polska Partia Pracy oraz Libertas.

Jedyną istotną różnicą jest frekwencja – wg Homo Homini do urn wybiera się w najbliższą niedzielę aż 54 proc. badanych, a wg SMG/KRC – zaledwie 25 proc.

Państwowa Komisja Wyborcza poinformowała, że zarejestrowano 1311 kandydatów, a na jeden mandat przypada 26 chętnych. Największą liczbę kandydatów zarejestrowano w okręgu katowickim, a najmniej na Mazowszu i na Lubelszczyźnie. Wybory odbędą się 7 czerwca tego roku.

Do Parlamentu Europejskiego wybiera się 79 obecnych posłów i 7 senatorów. Ponownie w unijnym zgromadzeniu chce się znaleźć także 38 obecnych europarlamenatrzystów.

PKW poinformowała także, że średnia wieku kandydatów wynosi 45 lat - najmłodszy ma 21, a najstarszy 81 lat. Podała ponadto, że kobiety stanowią niespełna 1/4 kandydatów, a także, że w Polsce jest obecnie ponad 30 milionów wyborców - o około milion więcej, niż w 2004 roku.

Planowane wybory obarczone są dodatkowym brakiem pewności w związku z odrzuceniem Traktatu Lizbońskiego, w drodze referendum w Irlandii. Jeśli do czasu wyborów do PE Traktat nie zostanie ratyfikowany we wszystkich 27 państwach członkowskich, to odbędą się one pod rządami obowiązującego obecnie Traktatu z Nicei. Tymczasem każdy z tych traktatów w inny sposób określa liczbę głosów przypadających poszczególnym państwom członkowskim.

Traktat Nicejski przewidywał mianowicie, że  suma głosów (liczba miejsc w Parlamencie) nie może przekroczyć 736.  Tymczasem  według Traktatu Lizbońskiego byłoby ich 751 (750 + przewodniczący). 

Jest to o tyle ważne dla państw członkowskich, że wszystkie one chcą mieć jak największy możliwy wpływ na decyzje zapadające w na szczeblu Wspólnoty, a więc m.in. chcą mieć jak najwięcej swoich przedstawicieli w Parlamencie.

Podczas Konferencji Międzyrządowej poprzedzającej rozszerzenie (lata 2003-2004) uzgodniono, że PE będzie liczył 750 członków. Określono też: minimum na 6, a maksimum na 96 europarlamentarzystów na państwo.

Do czasu rozszerzenia Unii Europejskiej z 15 do 25 członków w maju 2004 roku, Parlament liczył 626 członków. Po rozszerzeniu i przystąpieniu do Wspólnoty również Bułgarii i Rumunii, liczba europosłów wzrosła do 785.

Niemcom, którzy walczyli o większe wpływy w PE poprzez uzależnienie reprezentacji od liczebności populacji kraju, podczas negocjacji nad Traktatem Lizbońskim w końcu udało się utrzymać swoje 99 miejsc. Jednak Francja i Wielka Brytania musiały obniżyć liczbę swoich członków PE z 78 i 74 na 73 by zrobić miejsce dla nowych państw członkowskich. W ostatnim momencie kampanii lobbingowej Włochom, które miały - podobnie jak Francja i Wielka Brytania - 78 miejsc w Parlamencie, udało się zachować 73 głosy, czyli wywalczyć dodatkowo jeden głos (początkowo oferowano im tylko 72 miejsca w europarlamencie). 

W miarę rozszerzania się UE, rośnie liczba przedstawicieli Parlamentu. Z każdą zmianą traktatową  rośnie też jego siła, bo nabywa nowych kompetencji. Jednak z wyborów na wybory liczba głosujących obywateli UE wciąż spada. W ostatnich, w roku 2004, frekwencja osiągnęła niechlubny rekord 45.6 proc., a wiele partii rządzących w państwach członkowskich poniosło sromotną klęskę.  Na zlecenie PE przeprowadzono niedawno badania naukowe, których wyniki wskazały wiele powodów tego przykrego stanu rzeczy. Opracowano też równie wiele sposobów na odwrócenie  tendencji zniżkowej.

Unia Europejska stara się wzmocnić legitymizację unijnej demokracji. Od 1979 roku, jako jedyna instytucja, której skład jest wybierany w wyborach bezpośrednich, Parlament Europejski stopniowo wzmacnia swoja siłę polityczną. Trend ten był wzmacniany każdym nowym traktatem UE, ponieważ PE włączany był w proces współdecydowania (Parlament podejmuje decyzje wspólnie z Radą UE na równych prawach) w coraz większej liczbie dziedzin

Dziś proces współdecyzji praktycznie obejmuje niemal wszystkie ważniejsze decyzje polityczne UE. Oznacza to, że obywatele państw członkowskich mają coraz więcej do powiedzenia w kwestiach związanych z funkcjonowaniem UE. A to z kolei powinno mobilizować ich do udziału w przyszłorocznych  wyborach do PE.

Wpływ prac legislacyjnych Parlamentu Europejskiego na życie codzienne każdego z obywateli Unii jest bardzo wyraźny - większość wprowadzanego  dziś prawa w państwach członkowskich to dostosowanie do unijnej legislacji (szacuje się, że 60-80 proc. narodowego prawodawstwa jest ustanawiane na poziomie Wspólnoty) 

Coraz liczniejszy i silniejszy Parlament nabrał pewności  siebie oraz stał się bardziej asertywny. Najbardziej jaskrawym tego przykładem jest wymuszenie rezygnacji szefa KE Jacquesa Santera i podanie do dymisji całej Komisji Europejskiej (z wykształcenia prawnik i ekonomista, były premier i  minister finansów Luksemburga, został przewodniczącym KE w 1995 roku, a w połowie marca – w skutek skandalu korupcyjnego, w który zamieszana była Komisja – podał się i całą KE do dymisji) .

Wydawałoby się, że silny Parlament spełniający swój demokratyczny mandat w unijnym systemie bilansu "checks & balances" powinien prowadzić również do legitymizacji demokratycznej nie tylko Parlamentu, ale również do ogólnie pojmowanej Unii. Teoretycznie powinno byłoby to wystarczyć do uznania  udziału w unijnych wyborach parlamentarnych jako czegoś oczywistego. Jednak stały spadek frekwencji wyborczej i ogólne poczucie dystansu między obywatelem a instytucjami UE - w tym PE - przekonują, że tak nie jest.

Dlaczego więc, biorąc pod uwagę siłę i znaczenie Parlamentu Europejskiego, frekwencja wyborcza jest na tak niskim poziomie? Według ekspertów należy wziąć pod uwagę wiele czynników.

Po pierwsze, sprawy narodowe wciąż są wiodącym tematem w wyborach do PE. Większość badaczy - i co gorsza - sami politycy uważają, że są to wybory "drugiego rzędu". W wyniku takiego podejścia, zdecydowana większość uprawnionych do głosowania wciąż jest niedostatecznie informowana o potyczkach, jakie mają miejsce na szczeblu unijnym. W efekcie, zamiast o problemach wspólnotowych, w kampanii wyborczej mowa jest o problemach występujących na poziomie narodowym.

W opinii naukowców, w dalszym ciągu nie tylko nie ma miejsca na „europejską" debatę, ale jest nawet gorzej: głosujący traktują bowiem wybory do PE jako sposób ukarania ich rządów za niedociągnięcia w polityce wewnętrznej. Jednocześnie ukazują polityczną słabość integracji europejskiej w większości krajów członkowskich.

Dlatego właśnie politycy dążą do koncentrowania się w swoich kampaniach wyborczych na sprawach narodowych i szukają uznania dla propozycji rozwiązywania problemów pochodzących z ich "własnego podwórka".

Wynika to także z faktu, że listy wyborcze przygotowują partie krajowe lub nawet regionalne, a nie partie sformowane na poziomie wspólnotowym, które funkcjonują w PE.

"Możesz odnosić sukcesy jako członek Parlamentu Europejskiego, który bardzo ciężko pracuje na poziomie Unii, ale nie jest to jednoznaczne z uzyskaniem wysokiego miejsca na liście wyborczej. Koniec końców ważniejszym jest dobry układ partyjny" - powiedział  EurActiv badacz z brukselskiego biura Polityki Europejskiej Sebastian Kurpas.

Podkreślił, że europejskie partie polityczne, żeby istnieć, wciąż muszą być zależne od swoich krajowych korzeni. Żaden z obywateli UE – jako jednostka – nie może przyłączyć się do Europejskiej Partii Socjalistycznej ani Europejskiej Partii Ludowej-Europejskich Demokratów (EPP-ED). Jedyna droga do członkowstwa w grupach politycznych Parlamentu Europejskiego prowadzi przez  którąś z silnych partii narodowych.

Naukowcy zdiagnozowali także powody apatii obywateli państw członkowskich w wyborach do PE. Po pierwsze, jest to ugruntowane przekonanie, że jest to bez sensu, bo ich udział w głosowaniu nie może nic zmienić.

Po drugie, że ich głos nie ma żadnego znaczenia - wielu z nich nie idzie więc do urn, bo nie widzą bezpośredniego związku swojego głosowania z podziałem władzy na szczeblu UE. Rzeczywiście, nawet Niemcy - największe państwo UE z 99 miejscami w 785 osobowym Parlamencie, mają na to tylko bardzo ograniczony wpływ. Sytuacja wygląda jeszcze gorzej w przypadku małych państw takich jak Luxemburg czy Malta, które mają tylko po kilku europosłów.  

***

Parlament Europejski

 (na podstawie strony PE - http://www.europarl.europa.eu/parliament.do?language=pl):

Parlament Europejski ma trzy siedziby: w Strasburgu, Brukseli i w Luksemburgu. Wybierany jest w wyborach powszechnych i bezpośrednich (pierwsze z nich odbyły się w 1979 roku). Jego kadencja trwa pięć lat. Parlament Europejski jest jedynym parlamentem wyłanianym w bezpośrednich wyborach odbywających się równocześnie we wszystkich państwach Unii Europejskiej. Od 1 stycznia 2007 roku zasiada w nim 785 deputowanych z 27 państw członkowskich, wśród nich 54 europosłów z Polski.

Najważniejszą osobą w Parlamencie Europejskim jest przewodniczący Parlamentu Europejskiego wybierany przez jego członków na kadencję trwającą 2,5 roku. Parlament obecnej kadencji rozpoczął prace 20 lipca 2004 roku, a jego przewodniczącym jest obecnie Hans-Gert Poettering.

Niemiecki polityk, który w pierwszej połowie kadencji był szefem chadeckiej grupy Europejskiej Partii Ludowej i Europejskich Demokratów, zastąpił  w styczniu zeszłego roku pełniącego tę funkcję od 2004 roku hiszpańskiego deputowanego z partii socjalistycznej Josepa Borrella.  62-letni Poettering będzie przewodniczył Parlamentowi Europejskiemu do wyborów w czerwcu 2009 roku.

© 2003-2012 Wszelkie prawa zastrzeżone

Technologia i Design MONOGRAM Technologies

to_top