Reklama
Na drugim miejscu znalazł się Jacek Saryusz-Wolski (też z PO) z 9,3 punktami, a na trzecim – Marcin Libicki (PiS), który otrzymał 8,6 pkt. Pierwszą dziesiątkę zamyka Wojciech Roszkowski (PiS) z 6,8 pkt.
Noty przypisane politykom są średnią ocen, jakie wystawiło im 11 polskich korespondentów, którzy na co dzień śledzą prace Parlamentu Europejskiego w Brukseli i Strasburgu. Punkty w skali od 1 do 10 przyznawali: Michał Adamczyk (TVP), Dominika Čosič („Wprost”), Inga Czerny (PAP), Marcin Grajewski (Reuters), Andrzej Kocjan (Radio Zet), Michał Kot (PAP), Beata Płomecka (Polskie Radio), Inga Rosińska (TVN 24), Anna Słojewska („Rzeczpospolita”), Joanna Sopińska (Europolitics) i Katarzyna Szymańska (RMF FM).
„W rankingu +Rz+ oceny wystawiali dziennikarze specjaliści, którzy wiedzą, że nie każde wystąpienie, nie każdy wysłany komunikat prasowy, nie każda wypowiedź jest odzwierciedleniem sensownej inicjatywy. Widzą nie tylko statystykę raportów, ale umieją ocenić ich wagę polityczną lub legislacyjną. Są świadkami dyskusji, w których widać, czy poseł jest w stanie przekonać innych” – podkreśla gazeta.
Informuje też, że w jej rankingu nie ma prof. Bronisława Geremka, bo nie wszyscy korespondenci zdążyli ocenić jego pracę przed wypadkiem, w którym zginął.
Zwycięzcę rankingu, Jerzego Buzka dziennikarze scharakteryzowali jako eksperta od badań naukowych i przemysłu, obrońcę wolnego oprogramowania oraz promotora czystych technologii węglowych. „Pracowity, kompetentny i bezkonfliktowy. Powszechnie znany i szanowany przez wszystkie grupy polityczne” - ocenili.
Jacek Saryusz-Wolski, który jest szefem największej polskiej delegacji PO i najbardziej prestiżowej Komisji Spraw Zagranicznych został opisany jako „bezspornie najlepszy znawca spraw unijnych wśród polskich polityków”. „Krytycy zarzucają mu bezwzględność, sympatycy wskazują, że twardo i skutecznie walczy o polskie interesy” – ocenili autorzy rankingu.
Trzeci - Marcin Libicki - „nieoczekiwanie i wbrew parlamentarnej arytmetyce” spowodował przyjęcie w PE krytycznego raportu dotyczącego gazociągu północnego. „Pomógł upór, ale przede wszystkim zdolność do współpracy ponad partyjnymi barykadami. Ogromna klasa i wysoka kultura osobista” – uznali oceniający.
„Rzeczpospolita” wyróżniła w tym rankingu trzy grupy najgorszych polskich posłów. Pierwsza to znani, którzy zawiedli: Paweł Piskorski (d. PO) i Krzysztof Hołowczyc (PO). „Pierwszemu wmówiono, że PE jest dla niego przechowalnią, i potraktował tę zapowiedź poważnie, nie dając znaku aktywności. A słynny kierowca rajdowy, który rok temu objął mandat po rezygnacji Barbary Kudryckiej, chyba lepiej czuje się na bezdrożach Afryki niż w parlamentarnym fotelu”- napisała gazeta.
Druga grupa to ci, którzy dali się poznać, ale przynieśli wstyd. To Maciej Giertych z LPR, który w PE promował własne poglądy, np. że Żydzi w Europie sami tworzyli sobie getta i Bogdan Golik z Samoobrony oskarżony o gwałt na prostytutce.
Trzecia, to ci, którzy pozostali bez oceny, bo co najmniej połowa pytanych dziennikarzy nie znała ich działalności. Na 54 polskich europosłów jest ich aż 15: Zbigniew Chmielewski (PO), Marek Czarnecki (d. Samoobrona), Hanna Fołtyn-Kubicka (PiS), Stanisław Jałowiecki (PO), Mieczysław Janowski (PiS), Urszula Krupa (d. LPR), Wiesław Kuc (Samoobrona), Jan Masiel (Samoobrona), Mirosław Piotrowski (d. LPR), Bogusław Rogalski (d. LPR), Leopold Rutowicz (Samoobrona), Ewa Tomaszewska (PiS), Bernard Wojciechowski (d. LPR), Zbigniew Zalewski (PO) i Andrzej Zapałowski (d. LPR).
Liczbą eurodeputowanych dorównujemy Hiszpanii, ale jakość naszej reprezentacji psuje zbyt wiele przypadkowych osób – zauważa „Rz”. W ocenie gazety, grupa 54 polskich posłów jest zbyt rozdrobniona i zbyt rzadko skupia się na sprawach naprawdę ważnych, żeby być w PE równie skutecznymi jak Hiszpanie.
Najbardziej szkodzi rozdrobnienie- ocenia dziennik - bo w PE działa co prawda siedem grup politycznych, ale przy rozdawaniu stanowisk czy przydzielaniu ważnych raportów liczą się tylko trzy największe: Europejska Partia Ludowa (288 posłów), Partia Europejskich Socjalistów (217 posłów) i Porozumienie Liberałów i Demokratów na rzecz Europy (100 posłów).
Hiszpania ma w tych trzech grupach aż 96 procent swoich posłów, a Polska tylko nieco ponad połowę (54 proc) - przedstawicieli PO, PSL, SLD, SdPl i Partii Demokratycznej. W całym PE słabsi od nas są tylko Łotysze. „Połowa polskich mandatów po prostu się marnuje” – uważa Dariusz Rosati z grupy socjalistycznej.
Drugim grzechem polskiej grupy w PE jest – jak podkreśla „Rz” - brak skupienia na ważnych sprawach. „Mam wrażenie, że polscy eurodeputowani na początku, gdy decydowali o członkostwie w poszczególnych komisjach, w ogóle nie wiedzieli, jakie parlament ma kompetencje” – przytacza gazeta słowa osoby zajmującej się lobbowaniem na rzecz rozwiązań korzystnych dla polskich firm.
W efekcie aż dziewięciu polskich Polaków znalazło się w Komisji Spraw Zagranicznych, która cieszy się co prawda dużym prestiżem, ale nie ma żadnych uprawnień legislacyjnych. Tymczasem w Komisji Rynku Wewnętrznego, gdzie decydowała się np. przyszłość ważnej dla Polski dyrektywy usługowej, jest tylko dwoje Polaków. Podobnie w Komisji Ochrony Środowiska czy Komisji Przemysłu i Energii, gdzie – jak pisze „Rz” - „decyduje się o kształcie europejskiego prawa w najbardziej wrażliwych dla Polski dziedzinach”.
W skomplikowanej procedurze podejmowania decyzji w Unii Europejskiej często ginie fakt, że to w liczącej 785 posłów izbie współdecyduje się los prawie połowy unijnego prawa. A jeśli wejdzie w życie traktat lizboński, rola PE będzie jeszcze większa – podkreśla dziennik.
Przy okazji przypomina, że w unijnym Parlamencie zasiada 785 posłów - najwięcej (99) z Niemiec, a najmniej (5) – z Malty. Każdy z nich powinien jeden tydzień w miesiącu spędzać na sesji plenarnej w Strasburgu, dwa tygodnie na posiedzeniach komisji, delegacji ds. kontaktów z innymi krajami i grup politycznych w Brukseli, a tydzień - w swoim okręgu na spotkaniach z wyborcami.
Dostaje za to miesięczne wynagrodzenie równe pensji posła do parlamentu krajowego. Dlatego najwięcej zarabiają Włosi – prawie 13 tys. euro, a najmniej przedstawiciele państw bałtyckich – ok. 700 euro (pensja polskiego posła wynosi ok. 10 tys. zł.). Ponadto każdy europarlamentarzysta dostaje diety - po 287 euro dziennie za pobyt w Strasburgu lub Brukseli (na pokrycie kosztów mieszkania i wyżywienia) - i zwrot kosztów podróży z kraju do Brukseli i Strasburga i z powrotem. Nie musi przy tym przedstawiać biletów, otrzymuje stałą stawkę równą cenie najbardziej elastycznej taryfy w klasie ekonomicznej. Oprócz tego przysługuje mu 16 tys. 914 euro miesięcznie na asystentów i 4 tys. 52 euro na utrzymanie biura.
Te zasady mają się zmienić już w nowej kadencji PE: mają zostać wyrównane pensje posłów - do ok. 7 tys. euro - a koszty podróży mają być rozliczane na podstawie faktycznie zapłaconej ceny biletu czy paliwa. (b)











