Reklama
Do wejścia w życie tego traktatu brakuje jeszcze pozytywnego wyniku październikowego referendum w Irlandii oraz podpisów prezydentów: Niemiec, Polski i Czech. Ostatnie sondaże wskazują, że Irlandczycy 2. października powiedzą „tak”, a prezydenci Polski i Niemiec unijny dokument zaraz potem podpiszą. Pozostaje jednak Praga – podkreśla gazeta.pl.
Grupa senatorów ze wspierającego prezydenta Vaclava Klausa skrzydła Obywatelskiej Partii Demokratycznej ma 29 września zaskarżyć Traktat Lizboński do Trybunału Konstytucyjnego. Nie wiadomo jednak kiedy będzie rozpatrywany (Trybunał nie zajął się bowiem jeszcze nawet złożonym na początku września zażaleniem na ustawę kompetencyjną przyjętą przez parlament razem z traktatem). Tymczasem Trybunał może rozpatrywać sprawę miesiącami.
Nawet jednak po wyroku Trybunału pozostaje jeszcze prezydent. Klaus ogłosił co prawda - podobnie jak Lech Kaczyński - że nie złoży swojego podpisu zanim na nowy traktat UE nie zgodzą się Irlandczycy, a Trybunał nie rozpatrzy skargi senatorów.
Jednak – jak pisze „GW” - wielu obserwatorów w Pradze przewiduje, że Klaus może z podpisem poczekać na zmianę rządów w Wielkiej Brytanii (wybory odbędą się tam prawdopodobnie na wiosnę). Brytyjscy konserwatyści, którzy są niemal pewnymi wygranymi tych wyborów, już bowiem zapowiedzieli, że jeśli o tego czasu nie zostanie zakończony proces ratyfikacji traktatu Lizbońskiego w całej Unii (a bez podpisu Klausa nie będzie), to ogłoszą na Wyspach referendum w tej sprawie.
„Wielu prezydentów i premierów obserwuje przebieg ratyfikacji z rosnącym zdenerwowaniem” – przytacza gazeta wypowiedź czeskiego premiera Jana Fischera po zeszłotygodniowym szczycie UE. Premier Słowacji Robert Fico dodał, że Czesi zostali ostrzeżeni, że działają na szkodę swych interesów narodowych, a prezydent Francji Nicolas Sarkozy ostrzegł, że jeśli Irlandczycy powiedzą "tak", „to Europa nie może trwać na ziemi niczyjej i trzeba będzie z tego wyciągnąć wnioski”.
„GW” przypomina również, że jeśli uda się ratyfikować traktat, to każdy kraj UE będzie miał w Komisji swego komisarza. Jeśli jednak nie wejdzie on w życie, to jeden kraj członkowski zostanie bez komisarza, bo na podstawie obecnie obowiązującego Traktatu Nicejskiego, KE będzie mniej liczna.
Niemiecki europoseł Jo Leinen powiedział w wywiadzie dla czeskiego radia, że w brukselskich kuluarach już od kilku tygodni mówi się, że bez komisarza zostanie ten kraj, który zablokuje Lizbonę. Ponadto – w związku z politycznym chaosem, który powstał w wyniku dwukrotnie odwołanych przedterminowych wyborów - Praga nie rozpoczęła jeszcze nawet procedury wyboru swojego kandydata na komisarza UE. Nieoficjalnie pojawiło się kilka propozycji - od aktualnego komisarza Vladimira Szpidli po byłego premiera Mirka Topolanka – podaje „GW”.










