Reklama
Był wielką ideą polityków z zamglonymi oczami we wczesnych latach obecnej dekady, ale dzisiaj z ich ambicji niewiele pozostało. Wnioski z francuskich i holenderskich głosowań, w których trzy lata temu odrzucono konstytucję europejską, nie zostały wyciągnięte. Niewłaściwym wnioskiem było założenie, że obywatele nie akceptują wielkich ambicji dla Europy. W rezultacie bardzo dużo pary poszło w rozbijanie bańki konstytucyjnych aspiracji Unii Europejskiej. Efektem tego jest brak przekonania, kto tak naprawdę jest właścicielem procesu integracji, ale na pewno nie są nim obywatele Europy. W innym kontekście historycznym, Bertold Brecht komentował w 1953 roku że rząd powinien rozwiązać naród i wybrać inny. Ewidentnie europejska klasa polityczna przeoczyła ironię zawartą w tej wypowiedzi.
Co jeszcze nie zostało zauważone, to fakt, że Unia Europejska nie może pozostać procesem sterowanym wyłącznie przez elity, gdzie obywatele to rzadcy i niemile widziani goście. Pozostawienie rządom obrzędu pociągania za sznurki może było możliwe w epoce ojców-założycieli, gdy decyzje rzeczywiście były przyspieszane bez jakiejkolwiek demokratycznej debaty. Robert Schuman wiedział, że musi sprawić, aby francuski gabinet ministrów, nie wspominając o społeczeństwie, nie miał zbyt dużo do powiedzenia na temat tego, co zaproponował w 1950 roku, bo gdyby miał, nie byłoby Planu Schumana i tego co po nim nastąpiło. W ostatnich kilkudziesięciu latach sytuacja zmieniła się radykalnie. Teraz Unia Europejska jest klubem pewnych siebie demokracji, charakteryzującymi się żarliwymi debatami publicznymi. Po zaproszeniu ich do głosowania nad kolejnymi traktatami europejskimi, społeczeństwa nie będą chciały wrócić do „starych, dobrych czasów”, gdy dawały wolną rękę rządom do robienia czego chciały w Europie. Dżin wyszedł z butelki.
Nie zważając jakie tym razem rozwiązanie zostanie przyjęte i czy Traktat Lizboński może być uratowany, czy też nie, oczywiste jest że Unia Europejska musi zmienić sposób wewnętrznej reformy. Działać trzeba teraz, póki żelazo jest gorące. Dyskusja o metodzie przyszłych zmian traktatowych powinna być częścią pakietu, który pozwoli na rozwiązanie kryzysu irlandzkiego.
Czas całościowych zmian traktatowych, w ramach których otwierane i ponownie badane są wszystkie możliwe kwestie, definitywnie się skończył. Zmiany tego rodzaju przestały być możliwe w Unii dwudziestu siedmiu członków, gdzie wymagana jest ratyfikacja przez wszystkie państwa członkowskie. Są bowiem zaproszeniem dla wszelkiej maści populizmów, które wykorzystują złożoność procesu europejskiego. Pisanie traktatów w bardziej zrozumiały sposób znacznie by pomogło, ale nie jest to jedyne niezbędne rozwiązanie. Powinniśmy zaakceptować, że Unia Europejska nie jest państwem, i przez to nie może mieć równie przejrzystych ram konstytucyjnych. Jest wspólnotą prawa, która wymaga kontraktu pomiędzy państwami członkowskimi. A kontrakty skazane są nieuchronnie zawiłe i niezrozumiałe dla większości z nas.
Prawdziwe rozwiązanie tkwi gdzie indziej. Reformy traktatowe w przyszłości powinny obejmować pojedyncze kwestie, takie jak energia i klimat, czy polityka zagraniczna. Byłby to poniekąd powrót do przeszłości, gdy Europejska Wspólnota Węgla i Stali położyła szczególny nacisk na jeden obszar, szczególnie ważny wówczas dla przyszłości Europy. Największą innowacją Traktatu Lizbońskiego jest usprawnienie polityki zagranicznej UE. Traktat stwarza podwójny kapelusz dla Wysokiego Przedstawiciela Unii ds. Zagranicznych i Polityki Bezpieczeństwa, który ma sprawować pieczę nad spotkaniami ministrów spraw zagranicznych i funkcjonować jako wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej. Przewiduje także powstanie wspólnej europejskiej służby dyplomatycznej. To wszystko równie dobrze mogłoby być istotą osobnej umowy. Podobnie jest z energią - wspólna europejska polityka w tej dziedzinie może nie powstać bez odrębnego porozumienia między państwami członkowskimi, dotyczącego takich kwestii, jak połączenia międzysystemowe i rezerwy strategiczne zarządzane przez niezależną agencję. Traktaty dotyczące pojedynczych kwestii umożliwiłyby wielki krok naprzód w komunikacji z obywatelami. Zważywszy na fakt, że najważniejszym powodem odrzucenia Traktatu Lizbońskiego przez Irlandię był zamęt wokół jego zawartości, problemowi można stawić czoła tylko poprzez zajmowanie się jednym obszarem w danym czasie.
Takie podejście skomplikowałoby życie rządom, które do tej pory mogły wybierać swobodnie o której z części traktatów będą chcieli rozmawiać z obywatelami. W rezultacie, debaty publiczne w krajach członkowskich zmierzały w różnych kierunkach. Traktaty dotyczące pojedynczych kwestii oznaczałyby, że obywatele są traktowani poważnie oraz uważani za autentycznych partnerów w dyskusji. Więcej, a nie mniej prawdy wspomogłoby projekt europejski. Ważne jest także, że projekt integracyjny poruszałby się naprzód dzięki nowej substancji, a nie dzięki usprawnieniom instytucji, na czym koncentrowano się w ostatniej dekadzie.
Po przyjęciu traktatu amsterdamskiego w 1997 roku, pewien komentator powiedział, że „mętność jest warunkiem koniecznym dla postępu w Europie”. To zdanie nie jest już prawdziwe. Mętność nie jest wymogiem postępu. Jest przyczyną regresu. Im szybciej sobie z tego damy sprawę, tym lepiej.
* Paweł Świeboda jest prezesem demosEUROPA – Centrum Strategii Europejskiej (www.demoseuropa.eu) 










